Za nami pierwsza wizyta u ginekologa i usg. Serduszko bije bez zarzutów, a dziecko zaczyna nabierać kształtów, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jako, że nie zostałem wpuszczony do gabinetu pani doktór to o emocjach z badania brzucha pisać nie będę. Emocje jednak były, bo tego dnia spędziłem najdłuższe 15 minut, podczas których czułem się wyjątkowo nieswojo w otoczeniu płci pięknej.

Jedyny facet w poczekalni. Otoczony przez kilkanaście kobiet w różnym wieku i różnym stopniu zaawansowania ciąży. Atmosfera była tak gęsta od buzujących hormonów, że piłą spalinową można by ciąć. Czułem się jak intruz. Niechciany gość na imprezie. Niby wszyscy akceptują fakt, że jesteś ale drinka nikt z tobą nie wypije ani rozmowy nie zagai. Wymowne spojrzenia mówią jasno – odejdź.

Kobiety nerwowo rozglądały się po sobie, prawdopodobnie próbując ustalić kto ośmielił się przytargać mnie z sobą. Jedna z dziewczyn napotkawszy natarczywe spojrzenie innej nawet przecząco pokręciła głową – To nie mój. W 14 minucie oczekiwania na małżonkę emocję sięgnęły zenitu. Przez te ostatnie sekundy bałem się, że stanę się kulinarną zachcianką nowo przybyłej pani, która tonem nieznoszącym sprzeciwu rzuciła – pan ustąpi miejsca!

To tyle tytułem wstępu. Zdjęcie USG wyszło dobrze. Nasz robaczek to cały tatuś, widać od razu. W przypływie radości byłem przekonany, że to co na zdjęciu jest rączką to sisiorek. Nie, jednak nie. Jeszcze za wcześnie.