Wielkanocne owoce morza
W tym roku na Wielkanoc nie zjadłem ani jednego jajka. Nie był to żaden manifest z mojej strony, młodzieńczy bunt czy gardzenie tradycją. Najzwyczajniej w świecie nie chciałem napychać żołądka czymś, co bez ograniczeń mogę jeść na co dzień. Tym bardziej, że konkurencja na stole była spora.
Jedną z potraw, która przewidziana była w ramach obiadu, był homar i krab. Duet rodem z amerykańskiego kina akcji klasy C. Problem w tym, że nikt za bardzo nie wiedział, jak do skorupiaków się zabrać. Za to spore pojęcie na ten temat ma internet, z dziesiątkami wykwintnych przepisów. Krab z rumem, homar z brandy, krab z szafranem, homar z truflami, etc. Sposobów na przyrządzenie tych przeuroczych skorupiaków jest pewnie więcej niż przepisów na krewetki, które znał Bubba, przyjaciel Foresta Gumpa.
Nauczony doświadczeniem wiem, że cały sekret smaku dania często leży w prostocie jego przygotowania. Intuicja mnie nie zawiodła. Krab i homar, ugotowane a następnie zapieczone z masłem, czosnkiem, pietruszką i chilli stanowiły prawdziwą ucztę dla podniebienia. Dodatkowy smak delikatnemu mięsu dodało skropienie go cytryną lub sokiem z limonki. W zasadzie to taki standard, podobnie jak w serwowaniu ryb.
Chciałem podejść do konsumowania dania niczym gość ekskluzywnej restauracji. Szczypce, szczypczyki, 10 rodzajów nożów i widelców do otworzenia delikwentów i dostania się do wnętrza. Dźwięk pękających szczypiec, rozbijanych pancerzy i wyssanego mięsa z każdego zakątka kraba i jego kumpla homara, nie miał jednak nic wspólnego z celebrowaniem posiłku. Wyglądało to raczej na szarpanie mięsa na wszystkie strony, jak na średniowiecznej uczcie.
Z doprowadzeniem delikwentów od fazy głębokiego zamrożenia do ready to eat poszło mi łatwiej, niż z przygotowaniem schabowych. Problem w tym, że kotletami nakarmisz całą rodzinę, homarem czy krabem tylko rozdrażnisz ich apetyt.







