Pomaga czy nie, na pewno nie można o nim mówić, jak o seksownym elemencie bielizny.

Załóżmy więc roboczą nazwę pas mocy. A żeby przypodobać się wyszukiwarką Google – pas ciążowy. W sklepie z odzieżą ciążową, wielkim jakiego jeszcze nie widziałem, nie mogliśmy się doszukać tego gadżetu. Dopiero po interwencji, pani sprzedawczyni przyniosła z zaplecza mały kartonik, pachnący jeszcze chińskim kontenerowcem. Bez zbędnej przymiarki, po kilku próbach rozciągliwości, transakcja przy kasie została sfinalizowana.

Dostępne w kolorach tęczy i rozmiarach dostosowanych do najbardziej wymagającego ciała. Jego zadaniem jest podtrzymanie coraz cięższego brzuszka mamy i odciążenie kręgosłupa. Z założenia powinien być doskonałym rozwiązaniem dla tych wszystkich przyszłych mamusiek, u których ból pleców nasila się wraz z coraz bardziej zaawansowaną ciążą.

pas ciążowy

Z czego jest wykonany przeczytać możecie pewnie na stronach producentów tej jakże eleganckiej części damskiej garderoby. Dla mnie może być i nawet z recyklingu, powlekany włóknami bambusa. Najważniejsze żeby spełniał swoją rolę. Jak się nie sprawdzi, to przerobimy go na skarpetki albo szalik.

Jak do tej pory pas ciążowy jest najdroższym wydatkiem popełnionym w czasie ciąży. Czy to znak, że wkraczamy w kolejną fazę, tzw. pod górkę?

A tak w ogóle zastanawiam się czy pas ciążowy faktycznie do czegoś się przydaje? A może to taki standardowy chłyt marketingowy, coby jeszcze trochę grosza od oczekujących rodziców wyciągnąć?