mama vs tata

Radek

Nienawidzę ikei. W ostatnim tygodniu byliśmy tam z 10 razy. Za każdym razem wchodziliśmy jako kochające się małżeństwo, a wychodziliśmy „lekko” poróżnieni. W tym sezonie trafiliśmy na zajebiste kolekcje i rozwiązania do naszego domu i problem w tym, że nie wiedzieliśmy na co się zdecydować. Robaczek w drodze i przepastne apartamenty trzeba przecież dostosować. A może kupić wszystko? A może zamiast kupić nową, designerską, modernistyczną i cokolwiek jeszcze, komodę (co i tak zrobiliśmy) warto wcześniej zrobić porządek w starej? Może okazać się, że mebel jednak zbędny. Zanim zostaniecie opętani przez syndrom wicia gniazda, zróbcie analizę sytuacji wyjściowej. Odpowiedzcie na pytanie:

  • Gdzie obecnie jesteśmy? Jeśli w czarnej dupie i nie macie kompletnie nic, a o tym, że będziecie rodzicami dowiedzieliście się w 8 miesiącu – kupujcie wszystko. Potem będziecie się zastanawiać. 
  • Co możemy zrobić by się trochę ogarnąć? Rozwiązania są dwa. a) Upić się i użalać nad swoim losem. b) Ochoczo i radośnie zabrać się za długo odkładane porządki. Szafy, szafeczki, strych, skrytki pod schodami.
  • Ogarnąć się. Jeśli picie nie pomaga i nie wiesz jak to zrobić, wróć do punktu pierwszego.
  • Upewnić się, że jest się już ogarniętym. Czy na pewno – dowiecie się dopiero po przyjściu na świat maluszka.
  • Gdzie obecnie jesteśmy? Skonfrontować sytuację obecną, z tym co było na początku.
  • Zaplanować listę rzeczy „must be” i „must have” i dopiero ruszyć na zakupy.

 Dla jasności, zanim ktoś odważy się napisać ty sknero! prostuję – kocham zakupy! Boże jak ja kocham zakupy! Pytanie jest nie po co kupować (tak mówi każdy sknera), ale co kupować czy jest nam to faktycznie potrzebne?  Po ostatnich 10 wizytach w ikei i porządkach w meblach, będących konsekwencją naszych gorących dyskusji, okazało się, że oto, magicznym sposobem mamy nagle kilka szuflad wolnych i połowę szafy do zagospodarowania. A jak zbiorę się na odwagę i zacznę małżeński dialog o buty i torebki, to i może wolny, wiklinowy kufer się znajdzie.

mama vs tata

Małgosia

 

Radek z „radością” powtarza mi, że chociaż jeden ciążowy przesąd dopadł i mnie, czyli syndrom wicia gniazda. Szczerze mówiąc bardzo nie lubię tego określenia, bo nie kojarzy mi się z niczym przyjemnym. Wręcz przeciwnie – brzmi jakbym wiła kokon i osaczała siebie oraz Radka. A przecież wszystko, co związane z nowym życiem powinno mieć radosne przesłanie.

Do rzeczy jednak. W tym temacie już niejednokrotnie udało nam się z Radkiem pokłócić. No może kłótnia to za mocno powiedziane – wymienić poglądy 😉 Mój mąż twierdzi, że stanowczo przesadzam z przygotowaniami i nadmiernie chcę wszystko zmieniać. Ja jednak uważam, że nasz komfort, przede wszystkim jednak komfort i bezpieczeństwo Małej są najważniejsze. A wszelkie zmiany wynikają z mojej troski i tego, by było nam lepiej.

Stąd moje godziny poszukiwań w internecie za najlepszymi rozwiązaniami, przeglądanie stron z portalami wnętrzarskimi czy odwiedzanie „enty” raz Ikei. Sama byłam już tym zmęczona, a brak entuzjazmu Radka w niczym mi nie pomagał. Tym bardziej, że większość z moich propozycji wywoływała negatywny odzew. I jak tu się nie denerwować. Pomieszczenie wszystkich naszych gratów jest nie lada wyzwaniem, zważywszy np. na ilość sprzętu górskiego, jaki posiada Radek. Ale dla mężczyzny wszystko jest proste, przecież od czego są pudła i piwnica. Nawet książki można zapakować i wywieźć, by nie zagracały, a zimowe ubrania – a samo się rozwiąże. Argument, że przy małym dziecku wszystko musi mieć swoje miejsce, bo nasz czas będzie już niedługo mocno ograniczony, wywołuje zrozumienie na 5 minut. Potem wracamy zazwyczaj do punktu wyjścia.

Na dzień dzisiejszy dałam jednak za wygraną. No może nie do końca, ale wybraliśmy na razie najprostsze rozwiązanie. Najpierw wszystko przeglądniemy i ułożymy. Jakieś trzy szuflady wolne już uzyskaliśmy, także jest gdzie szaleć… O naszych postępach będę Was na pewno informować.

O co kaman?

mama vs tata

 Jedyna taka kategoria w polskiej blogosferze parentingowej.