Karoca dla księżniczki
Jeszcze rok temu o tej porze odkładałem pieniądze na zakup liny wspinaczkowej. Dziś powoli zastanawiamy się na wyborem wózka dla dziecka. Czyżby nieunikniona zmiana priorytetów?
Nigdy nie kupuj niczego z czym wstydziłbyś się pokazać na mieście. Ta życiowa prawda tyczy się w zasadzie zgoła innej strefy życia, ale można ją zaadoptować dla celów tego tekstu. Przeglądając bowiem oferty wózków, aż słabo mi się robi ot tych zestawień kolorów, oczojebnego różu, zalewającego błękitu czy bieli tak białej, że aż bielszej nie ma. Dodatkowo te finezyjne rozwiązania designerów – wózek z trzema kółkami, dwoma czy na jednym. Aż dziwie się, że w ofercie nie ma jeszcze koszyków na dryfach magnetycznych. Pewnie kwestia czasu.
Ok, oprócz tego, że wózek powinien spełniać oczekiwania kolorystyczne (i pasować do wiosennych mokasynów of course) musi cechować się też odpowiednimi parametrami. Można by rzec, że mieszczą się one w akronimie High Utility Maximum Mobility Easy Ride. Dorzucam to tego jeszcze sufix GP – good price. Na szczęście nie upadłem jeszcze na głowę, żeby za wózek dla dziecka zapłacić więcej, niż za swój pierwszy samochód. Dziecku różnicy nie będzie robiła cena pojazdu, ale zdolności i zaangażowanie kierowcy.
Na rynku dostępnych jest tyle modeli wózków dla dzieci, ile można sobie wymarzyć. Pamiętać jednak należy, że wybór wózka jest szalenie istotny dla faceta. Ze źle dobranym pojazdem dziecka jest bowiem tak, jak z tymi dziwnymi rasami pso – podobnymi. Facet na spacerze z pinczerem miniaturowym, chihuahuą czy yorkshire terrierem (albo ze wszystkimi razem) nie wygląda poważnie.
Temat wózka oficjalnie uważam za rozpoczęty.
A poniżej podesłany przez znajomą filmik prezentujący jeden z tych produktów, o których nie śniło się filozofom.
Kupiłbym, ale nie pasuje mi do telefonu.
http://www.youtube.com/watch?v=ERQHRo0fHGE

