Trend zza oceanu. Poród na żywo
Tylko w social media.
Czy kogoś jeszcze dziwi relacja z krwawej wojny domowej w Syrii i zdjęcia ciał gęsto leżących na ulicach? Może i jest nam przykro, że gdzieś na końcu świata dzieją się takie okropieństwa, ale to wszystko. Dalej oglądamy serwisy informacyjne, czytamy artykuły w gazetach i oglądamy zdjęcia przedstawiające śmierć, cierpienie i hektolitry krwi. Oglądamy codziennie i jakoś czas leci. Od nieszczęścia w mediach do nieszczęścia. Bo dobre wiadomości, to żadne wiadomości. Wiadomo.
Kiedy natomiast pojawia się wydarzenie bezprecedensowe, relacja cudu narodzin na żywo, budzi się w nas rydzykowski elektorat i poczucie obrony moralności tego świata. Gdyby nie polityka wizowa najchętniej załadowalibyśmy się na statki, samoloty czy nawet wpław, przez Atlantyk do Ameryki, by rozpocząć krucjatę nienawiści przeciwko Ruth Iorio, autorce przedsięwzięcia.
Co zrobiła ta nieszczęśnica? Otóż, gdyby ktoś nie wiedział, dziennikarka postanowiła relacjonować poród, uaktualniając Twitter, Instagram i Facebook o nowe zdjęcia oraz bieżące informacje o samopoczuciu. Aha, to ona była osobą, która rodziła.
Przyznaję, że nie przyszłoby mi do głowy relacjonowanie w takim zakresie porodu. Dziadkowie wycięliby mnie ze wszystkich zdjęć, rodzice obcięli kieszonkowe na oranżadę, a proboszcz usunął z ksiąg parafii. Tak na prawdę jednak, to nie miałbym na to odwagi i najzwyczajniej w świecie wstydziłbym się. A co dopiero moja żona i bobasek.
Widzieliście takie seriale jak Chirurdzy, Ostry Dyżur czy Dr House? Pewnie tak. I pewnie większość z was z zapartym tchem oglądała każdy odcinek, dramatyczne akcje i zabiegi medyczne. Później było już tylko napięte oczekiwanie na kolejny epizod. W każdym z nas siedzi taki zwierz (mniejszy lub większy), żądny emocji i intryg rodem z powyższych seriali. W 12 godzinnym porodzie Ruth Iorio jest więcej akcji niż w trailerze nowego docinka Lekarzy. A co do golizny, którą tak się oburzamy? Więcej znajdziecie jej w tanim katalogu bielizny. Pamiętajcie, że kobieta mogła pójść o krok dalej i relacjonować poród na żywo, z kamerą ustawioną np. z perspektywy taty czy osoby odbierającej poród.
Obrzydzenie brało mnie, jak oglądałem filmik z krojenia zdechłego wieloryba, którego wnętrzności eksplodowały w cztery strony świata. I nie musiałem grzebać za tym video na youtube. Znalazłem je na jednym z wiodących serwisów informacyjnych. Albo kanibalizm w holenderskiej telewizji. Więc nie przesadzajmy z porodem, który zaprezentowała Ruth.
Wątpię czy gatunek porodów na żywo zapisze się, jako nowy w dziennikarstwie telewizyjnym czy internetowym. Kobieta chciała dobrze, ale nie trafiła jeszcze w odpowiednie czasy. Może kiedyś taka praktyka stanie się codziennością? Może nie. Pożyjemy, zobaczymy. Pionierkę serii porodów na żywo świat już ma. Ciekaw jestem, na ile będziemy o niej pamiętać, a na ile informacja ta zginie w czeluściach internetu, gdy wynajdziemy sobie inny temat do hejtu i wylewania żółci nienawiści.
Na zakończenie.
Dzieci nie rosną w doniczkach ani nie przynosi ich bocian. Uświadomcie to sobie. I jeśli komuś relacja porodu przez Ruth Iorio zepsuła wyobrażenie o pięknym dawaniu życiu, niczym z kolorowych czasopism, to przykro mi. Aha, mikołaja również nie ma, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział.
Zdjęcie główne: Narodziny Venus, Botticelli

