Doktor Benton i kieszonkowe usg
czyli piątkowy wieczór nieco inny niż dotychczas.
Wczorajszy dzień bez wątpienia nie należał do tych piątków, kiedy to można odpocząć po tygodniu pracy. Zamiast relaksu i czasu dla siebie, mieliśmy wieczór zmartwień i wizytę w szpitalu. Jak się okazało, wszystko niepotrzebnie. Było to jednak kolejne, cenne doświadczenie w ramach wspólnego przeżywania ciąży.
Sytuacja w jakiej się obecnie znajdujemy jest dla nas całkowicie nowa. Nie ma przecież żadnego innego doświadczenia, które porównać można do okresu wspólnego oczekiwania na potomka. Bynajmniej my nie przeżyliśmy takiego. Stąd też jesteśmy wyczuleni na każde, nawet delikatne, odstępstwa od normalnego funkcjonowania organizmu Małgosi. Wiadomo, ciąża to nie choroba i nie ma co popadać w paranoję. Czasem jest to jednak silniejsze. Tak też było wczoraj. Twardnienie brzucha, na które skarżyła się Małgosia od kilku dni oraz niepokojąco mała aktywność Robaczka przez ostatnie kilka wieczorów, uruchomiły proces zamartwiania się, głupich myśli i gdybania.
Po konsultacji z bardziej doświadczonymi koleżankami – matkami, dla naszego świętego spokoju, pojechaliśmy wieczorem do szpitala, na oddział opieki wczesnociążowej. Podczas jednej z wizyt u midwife dowiedzieliśmy się, że oddział ten jest miejscem, gdzie można zjawić się o każdej porze dnia i nocy w razie jakichkolwiek wątpliwości dotyczących ciąży. Pytanie tylko skąd, spodziewając się maleństwa pierwszy raz, mamy wiedzieć co w ciąży jest normalne, a co nie, co powinniśmy ignorować, a co jest pierwszym objawem do niepokoju? Zapakowaliśmy się w nasz japoński zaginacz przestrzeni i z zieloną teczką, pełną ciążowej dokumentacji, ruszyliśmy rozwiać narastającą niepewność.
W recepcji numer jeden zostaliśmy szybko przekierowani do zachodniego skrzydła szpitala. Miła pani zapomniała jednak dodać, że to jakieś 10 minut wędrówki krętymi korytarzami i może lepiej podjechać autem pod wejście. Drugą recepcję wzięliśmy szturmem i po krótkiej wymianie uprzejmości oraz wyjaśnieniu stanu rzeczy, mieliśmy umówione spotkanie z lekarzem.
Pierwsze wrażenie po dotarciu na oddział – pustka! Raptem jedna pani z brzuszkiem, nerwowo kręcąca się po korytarzu. Co klasa to klasa, pewnie w 10 minut zajmą się nami i spokojnie wrócimy do domu. Nic bardziej mylnego. Zanim zdążyliśmy wyjaśnić jaki jest cel naszej wizyty o tak późnej porze, pielęgniarka zaprosiła nas do kameralnego pokoju i poprosiła, by cierpliwie zaczekać.

Kameralny pokój to zdecydowanie za dużo powiedziane. Mikro poczekalnia – tak bym to nazwał. Miejsce, w którym panowały tropikalne klimaty, a dostępu świeżego powietrza skutecznie broniła wyłączona klimatyzacja i szczelnie zamknięte okna. Wystrój pokoju był nieco ascetyczny. Na tyle skromny, że ze znajdujących się w nim rzeczny nawet MacGyver nie wykombinował by za wiele. Patrząc na meble powiedziałbym, że styl taki wczesny Honecker.
Jeszcze ciekawej zrobiło się, gdy pani z korytarza wzięła szantażem osoby dyżurujące na oddziale. Stwierdziła, że jeśli po czterech godzinach czekania nikt nie chce się nią zająć, to wraca do domu i niech się martwią. Przeraziłem się, że będziemy musieli odwołać się do argumentu podobnego gabarytu. Na szczęście, po słowach zdenerwowanej pacjentki ruszyła wielka mobilizacja i w kilka minut znalazł się u nas pan doktór. Niczym Peter Benton z Ostrego Dyżuru przeprowadził szczegółowy wywiad i przystąpił do badania brzuszka.
Bez żadnych ceregieli zaczął przyciskać dłońmi brzuszek w różnych punktach, szukając jakichkolwiek oznak bólu. Kontynuując rozpoznanie, wyjął z kieszeni podręczne usg. Dosłownie! Urządzenie wyglądało jak przyrząd do teleportacji z filmów si-fi. Taki wczesny model rozkładanego telefonu komórkowego z dużym wyświetlaczem plus kabel zakończony przyrządem do skanowania brzuszka. Już po pierwszych ruchach doktór stwierdził, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dzieciaczek szaleje wewnątrz, ciągle się przemieszczając. Serduszko bije jak szalone, a aktywność małej jest wzorowa.
Po badaniu nastąpiła krótka pogawędka uspokajająco – informacyjna. Dowiedzieliśmy się, że ruchy dziecka na tym etapie ciąży powinniśmy traktować jako bonus, a jeśli chodzi o regularność ruchów jest na to zdecydowanie za wcześnie. Jak zaznaczył dr „Benton” – na to przyjdzie czas za kilkanaście tygodni. Cieszę się, że nie zostaliśmy potraktowani jak para hipochondryków. Z jednej strony doktór mógł odwalić swoją robotę i odprawić nas do domu po krótkim stwierdzeniu, że jest ok. Tego wieczoru doświadczyliśmy jednak pełnego profesjonalizmu. Lekarz zapewnił nas, że sprawa wygląda tak jak powinna i że jeszcze wiele rzeczy, w tej nowej sytuacji, może okazać się dla nas dziwnych i niepokojących. Cokolwiek by się działo, zawsze możemy przyjechać.
Jeśli dotarliście do tego momentu i jesteście rozczarowani brakiem trzymających w napięciu zwrotów akcji czy scen pościgowych, to nic na to nie poradzę. Musicie wiedzieć, że z tej historii nie płynie również żaden morał. No może poza jednym – bez dobrej książki nie przetrwasz wizyty w żadnym szpitalu.
Dziś wieczorem, w ramach odreagowania piątkowych wrażeń, wychodzimy na kolację. Kontynuujemy rodzinną akcję napełnij brzuszek szczęściem.

