Świąteczne urwanie dupy
O rzeczach, których nie znoszę w tym wyjątkowym dla nas okresie.
O tym, co w tym sezonie jest modne na świąteczny prezent i jakiego gadżetu nie powinno zabraknąć pod choinką, możecie sobie przeczytać gdzie indziej. W tym roku nie miałem żadnych specjalnych życzeń co do prezentów i poprosiłem o dobrą książkę i jeszcze lepszą bluzę (żeby wygodniej było mi czytać). Oczekiwania moich najbliższych również znam i nie powinienem mieć trudności z dostaniem tego, co dla nich jest must have. Jako że kwestię prezentów mam już ogarniętą i zostało mi trochę wolnego czasu, postanowiłem uporządkować sobie listę rzeczy, które uprzykrzają mi oczekiwanie na Święta Bożego Narodzenia.
W ten oto, dość prozaiczny sposób, powstało TOP5 rzeczy, których nie znoszę w tym wyjątkowym dla Nas, przedświątecznym okresie.
Nie znoszę świątecznych przebrań sprzedawców w sklepach. Nieskrępowane zachęcanie pracowników przez przełożonych, by paradowali po salonach sklepowych w roli pana – choinki albo pani – renifer. Drodzy pracodawcy, świąteczne stroje lub dodatki garderoby, które oferujecie swoim pracownikom, nie zawsze trafiają w ich gusta, a czasem nawet mogę krępować i zawstydzać. Co więcej, części z nich świąteczny akcent w garderobie nawet nie pasuje, a czasem zaburza wręcz aparycję (z czego nie do końca mogą zdawać sobie sprawę). Dziś, tankując na stacji paliw Tesco, za kasą przywitała mnie pani, która wyglądała jak troll z Władcy Pierścieni. A wszystko przez źle dopasowaną do jej wagi (czyli na oko jakieś 150 kg) czerwoną czapeczkę i zielony, obcisły kubraczek. Szanujmy opinię pracowników o świątecznych strojach i zdrowie klientów przy okazji.
Nie znoszę kiczowatych produktów, które wciskane są w klimat świątecznych miejsc. Jednym z takich przypadków jest popularny German Market (Jarmark Bożonarodzeniowy). To takie drewniane domki rozstawiane w większych miastach (całkiem duży znajduje się na wrocławskim rynku), w których niekiedy kupić można ciekawe produkty, nawiązujące do regionalnych smaków czy tradycji. Ale szlak mnie trafia, jak obok klimatycznych straganików z piernikami albo ozdobami na choinkę, stoi typ sprzedający pistolety na kulki i świecące obręcze mocy na baterie. Klimat świąteczny to pożywka dla kiczu.
Nie znoszę zapchanych do granic możliwości parkingów w centrach handlowych. W zasadzie to one zawsze są nabite. Jednak, gdy w sklepach szaleją promocje, lud tłumnie wali, by z nich skorzystać. Parkujący samochody przekraczają swoimi manewrami granice ludzkiej wyobraźni. Wychodzenie bagażnikiem, bo drzwi nie można było otworzyć, zastawianie innych na wszelkie możliwe sposoby czy parkowanie w miejscu, w którym pozostawienia auta przeczyć może granicom fizyki. Ci z kolei, którzy nie znaleźli miejsca na pozostawienie swojego rydwanu czy zaginacza czasoprzestrzenii, wyrzucają rodzinkę przed galerią handlową, a sami krążą w poszukiwaniu miejsca, jak drapieżnik za kulawą antylopką, desperacko rzucając się na każdy wolny kawałek przestrzeni.
Nie znoszę coverów świątecznych utworów. Świąteczne melodie, piosenki, kolędy i inne grane na właściwą dla tego okresu nutę, mają to do siebie, że wielu artystów czuje się w obowiązku dokonania ich własnej interpretacji. Klasyki powinny zostać klasykami. I lepsze jest puszczanie 50 razy dziennie Georga Michaele czy Mariah Carey, niż świąteczne utwory w wykonaniu sezonowych zespołów czy artystów jednej piosenki.
Nie znoszę świątecznego urwania dupy w poszukiwaniu prezentów. Bo każdy niby wszystko już ma i nic nie potrzebuje. Ale jak już się rodzinka na coś zdecyduje, to potem nie wiadomo skąd to wziąć. A jak już się wymarzony prezent dostaje, to przy jego rozpakowywaniu może się okazać, że obdarowany już się rozmyślił. Dla jasności: prezentami lubię się dzielić, a w szczególności je dostawać, za to kompletnie nie czuję klimatu pogoni za giftami i walki o „ostatni produkt na półce czy ciuch na wieszaku” z innymi, opętanymi świąteczną gorączką konsumentami. W tym roku jest wyjątkowo, bo prezenty są w zasięgu ręki. Bez stresu więc.
Żeby nie zakończyć tego tekstu w stylu Smerfa Marudy, krótko o tym dlaczego kocham Święta Bożego Narodzenia. Bo kto ich nie kocha?! Chyba tylko Grinch.
Kocham święta dlatego, że mimo kryzysu na rynku nieruchomości i szalejących cen ropy na światowych giełdach, podczas Świąt Bożego Narodzenia nigdy nie brakowało mi absolutnie niczego. Świąteczny stół reprezentował zawsze opcję „na bogato”, a prezenty za każdym razem spełniały moje oczekiwani. Wyjątkiem był zestaw walkie – talkie, który dostałem od babci mając 19 lat. Do dzisiaj sprawa ta pozostaje niewyjaśniona.
W tym roku dodatkowej magii świętom doda fakt, że będzie Nasza dwójka plus Robaczek w 20 tygodniu. Ponadto, dowiemy się czy w brzuszku Małgosi zamieszkał chłopczyk czy dziewczynka.

