Ostatnią godzinę oczekiwania na samolot na lotnisku East Midlands chcieliśmy umilić sobie przy włoskiej kawie. Rozsiedliśmy się wygodnie w kawiarni lavazza przy zamówionych muffinach i latte… podanej w papierowych kubkach. Niby nic wielkiego.

Ile to razy piło się kawę w „papierze” w mcdonaldzie, starbucku czy podrzędnej stacji benzynowej. Mam jednak pewne standardy i jestem zdania, że kawa serwowana „na miejscu” nie powinna być w papierowych kubkach. Zwykły kubek, filiżanka wystarczą. Słoik byłby nawet lepszy.

Człowiek chciał się napić kawy, której podanie odzwierciedla charakter miejsca, w tym wypadku włoskiej kawiarenki. Zapachniało zwykłym tejkałejem. Kawa dupy nie urywała. Jej aromat został skutecznie zabity intensywnym zapachem papieru. Może chcieli żebyśmy z muffinami w rękach i kawą w papierowych kubkach poszli kruszyć gdzie indziej? A może po prostu zepsuła się im zmywarka i nie mieli przeszkolenia z manualnego mycia naczyń.

kawiarnia east midlands

Z kolei wnętrze lotniskowej kawiarenki obudziło we mnie szereg wspomnień z dzieciństwa. Unoszący się gęsty, intensywny zapach szmaty do mycia podłogi przypomniał mi beztroskie przerwy spędzone na korytarzach podstawówki. 

Sytuację ratowały muffiny. Takie jak lubię. Obficie wypełnione czekoladą, słodkie, delikatnie rozpuszczające się w ustach. Reszta to słabizna. 

muffiny