Oberwało mi się od żony, że nic nie piszę o dziecku. Minęły już 2 miesiące, a na blogu pojawiły się raptem 3 -4 posty poświęcone Miaszkowi. Droga redakcjo, czytelnicy i panie premierze: czy stawia mnie to w złym świetle i szufladkuje jako wyrodnego ojca blogera?

No to piszę co i jak, bo mi się dziewczyny w domu obrażą. Żona przestanie kochać, a córka zacznie płakać na rękach. Rzecz ma się następująco: 7 lipca mijają dwa miesiące odkąd nasza rodzina się powiększyła. I powiem wam, że jest zajebiście. Hmm, przez chwilę pomyślałem żeby na tym zakończyć post. W końcu słowo „zajebiście” niesie w sobie tak potężny ładunek emocjonalny, że można wyczytać z niego wszystko.

Teraz na poważnie. Mia zmienia się każdego dnia. Jest coraz bardziej żywa, ogarnia nowe rzeczy, wykazuje zainteresowanie kolorowymi zabawkami i różnym rodzajem muzyki. Co prawda smuci mnie nieco fakt, że gardzi dobrym r’n’b podczas gdy dźwięku nagranej suszarki do włosów może słuchać godzinami. Ale to zrozumiałe. Wysublimowany gust muzyczny odziedziczyła chyba po babci.

Mleko wcina za dwóch, a nawet czterech. Ze wszystkich ciuszków wyrasta w mgnieniu oka. W wanience powoli się nie mieści, a bomb ekologicznych, którymi nas obdarowuje, nie powstydziłby się dorosły.

O tym wszystkim piszę w ogromnym, wręcz telegraficznym skrócie. Każdego dnia coś się u nas dzieje. A to Mia zaskoczy, że od tygodnia ma w łóżeczku nową zabawkę, a to z kolei obudzi się w środku nocy z uśmiechem na ustach. Lubi całusy, kąpiele, piłkę nożną i tennis ziemny. Nie pije jeszcze nic poza mlekiem i nie je żadnych fast foodów, dlatego ciężko jest mi stwierdzić jak kształtują się jej zamiłowania w tym obszarze.

Ale wiecie co jest najbardziej zajebiste? To, że się uśmiecha. Całą buzią, oczkami i ciałem. Cieszy się, gdy kochające ją osoby są przy niej i poświęcają jej cały swój czas, uwagę i energię. Jeden uśmiech dziecka wystarczy, żeby wynagrodzić wszystkie trudy rodzicielstwa.

Potem pewnie będzie gorzej. Słyszałem, że dorastające dziewczynki dużo kosztują…