Najlepsiejsze Po Godzinach #7
Sharknado – recenzja latających rekinów
Jak wiecie kategoria Najlepsiejsze Po Godzinach to ta ciemna strona bloga, na której lądują teksty w 100% o wszystkim i jednocześnie w 200% o niczym. Nie znajdziecie tu porad z zakresu rodzicielstwa czy postów opisujących blaski życia blogera. Bywa różnie. Tak jednak jeszcze nie było. Na dziś recenzja filmu klasy „Z” – Sharknado.
Ciężkie musi być życie w Los Angeles. Niekończące się walki gangów, ataki kosmitów a do tego jeszcze kataklizm wszech czasów – wielkie tornado nadciągające z Oceanu Spokojnego. Trąba powietrzna niesie ze sobą jeden mały szczegół. W zassanych i przenoszonych z niszczycielską prędkością masach wody, znajdują się rekiny. Setki a nawet tysiące. Duże, małe, głodne, szczerbate i takie, których świat jeszcze nie widział. Rozrzucane na wszystkie strony, pojawiające się w najmniej oczekiwanych miejscach (salon w domku jednorodzinnym, lotnisko, dom starców), stanowią koszmarne zagrożenie dla mieszkańców Los Angeles.
Mamy oczywiście bohaterów, którzy wspólnymi siłami bronią się (i innych) przed krwiożerczymi, latającymi bestiami. Fanki Beverly Hills 90210 mogą delektować się widokiem Steva, a dla miłośników American Pie blondi April prezentuje swoje wdzięki. Gra aktorska na poziomie przedstawienia jasełkowego w grupie 3 latków, emocje jak na grzybobraniu, a efekty specjalne oscylujące między pierwszymi filmami z serii Godzilla a Latem w Dolinie Muminków. Bez zbędnego wysilania się można napisać, że Sharknado to nowy, jeszcze gorszy gatunek filmów z gatunku „gnioty”.
Ponoć do tego rodzaju filmów trzeba podejść z dystansem. Zastanawiam się, jaki powinien być jego zasięg? Chyba jak stąd do Ameryki. Żeby przyjąć ten film „na klatę”, strawić jego fabułę lub też dotrwać choćby do 58 minuty trzeba zdecydowanie czegoś więcej niż kilku piw czy symbolicznej „połóweczki”. Produkcja cieszyłaby się zdecydowanie lepszym zrozumieniem i uznaniem, gdyby twórcy do każdego dvd dorzucali małego skręta na poszerzenie percepcji widza. W skali od 1 – 10 przyznaję zasłużone – (minus) 73 punkty.
Epilog:
Nie jest zadaniem trudnym, obejrzeć podobny film i wyciągnąć jego najgorsze cechy, zmieszać z błotem, obnażyć płytkość akcji, dialogów czy gry aktorskiej. Łatwizna. Zastanawiam się jednak czy nie mamy do czynienia z powrotem do łask takiego odmużdżającego kina, od którego przeciętny widz wymagać będzie coraz bardziej absurdalnej fabuły, nielogicznych zwrotów akcji i niskobudżetowej tandety. Bo skoro cały świat zaczytuje się 50 twarzami Greya, nastolatki w swoich snach masowo tracą dziewictwo z Justinem B., a to co najbardziej ogłupiające cieszy się największą popularnością w sieci, to dlaczego nie czas na kino?


