Czy warto umieszczać w samochodzie informację „Dziecko w aucie”.

Weźmy sobie taki oto przykład: przeciętna rodzina, on i ona albo on i on tudzież ona i ona razem z dzieckiem (swoim bądź sąsiadów) i psiakiem jadą na wycieczkę. Dzieciątko zapięte w foteliku. W radio lecą przeboje lata z radiem, okna lekko uchylone, pies śpi. Na tylnej szybie żółta, oczojebna naklejka informująca, iż oto w pojeździe znajduje się mały człowieczek. Rodzinną sielankę przerywa odgłos dopadającego ich samochodu, prowadzonego przez kierowcę, którego szczytem kwalifikacji motoryzacyjnych powinna być licencja na traktorek do koszenia trawy. Siedzi im na dupie, miga światłami, trąbi, raz po raz szykuje się do manewru wyprzedzania. Mijając, znajduje jeszcze ułamek sekundy żeby pokazać rodzinie fakolca. Kiedy znajduje się już przed nimi, odprężony niczym buhaj po sesji rozpłodowej, zwalnia, hamuje raz po raz, rozkoszując się jazdą i królowaniem na szosie. Kutasów nie brakuje na drogach. Obu płci.

Nie ważne czy mknie BMW (kupionym, pożyczonym od tatusia czy kradzionym), Skodą czy koreańskim postrachem szos Daewoo Tico, nie interesuje go, co widnieje na naklejce na tylnej szybie. Choćby było tam napisane, że samochodem jedzie sam Mieszko I, a naklejka pokrywała całą szybę, idiota to idiota i nic tego nie zmieni.

Idźmy dalej. Wraca sobie śpiący korpoludek, po 38 godzinnej zmianie z pracy marzeń. Zasnęło mu się za kierownicą, zdarza się najlepszym. Zbliża się do pojazdu sygnowanego znakiem „dziecko w aucie” i co? Budzi się rażony słonecznym, odblaskowym kolorem, w mgnieniu oka ogarnia, że oto w samochodzie przed nim podróżuje mały Jasio, Stasio czy Krzysio i jak za dotknięciem magicznej różdżki wraca do pełen świadomości. A co z kierowcą, który okazyjnie łyknął sobie 0,5 wódki i popił symboliczną lampką wina? Trzeźwieje na widok informacji o małym pasażerze w pojeździe, która ma zaraz rozbić? Nie ma lekko. Tak szybko człowieka na nogi postawić może tylko kokaina. Ponoć.

A przedstawiciel wolnego zawodu – złodziej? Czy taki uliczny rzezimieszek, życiowy nieudacznik, kiedy namierzy już pojazd, swój wieczorny łup, zawaha się, gdy zobaczy informację, że samochodem na co dzień podróżuje dziecko? Czy obudzi się w nim utracona za dzieciaka resztka człowieczeństwa i nie ukradnie radia, bo wie, że umila ono podróże maluszkowi na tylnym siedzeniu? Daje głowę, że oprócz radia zwinie fotelik i naklejkę z tylnej szyby. Jako, że jestem ambasadorem polityki „zero tolerancji dla złodziei” – od razu łapy bym poucinał.

Przykładów można mnożyć w nieskończoność. Podirytowany kierowca w korku drogowym, który od 3 godzin czeka, by zjechać z pasa na pas, przedstawiciel bananowej młodzieży, pani robiąca „pazurki” w trakcie jazdy, ksiądz po kolędzie czy dostawca pizzy.

Myślicie, że ktoś naprawdę zwraca uwagę, że wieziemy w samochodzie nasz mały skarb?

Nazwa marki BMW pojawia się w tekście tylko zajawkowo. Jestem daleki od tego, że rozpowszechniać utarty w Polsce wizerunek kierowcy BMW. Kopanie leżącego zostawiam mediom. Na dowód mojej sympatii do marki oświadczam, że nie odmówię firmie BMW w osobie przedstawiciela na Polskę czy właściciela jakiegokolwiek salonu tej marki, jazdy testowej wskazanym modelem samochodu.
Moja Honda się nie obrazi.