Senny, deszczowy, noworoczny poranek spędziliśmy objadając się lodami i owocami. Czas umilały nam seriale zza oceanu i seans z filmem Skandalista Larry Flynt. Pełen relaks.

Skacząc po kanałach, między jedną a drugą przerwą reklamową, trafiliśmy na relację z koncertu noworocznego filharmoników wiedeńskich. Tradycje muzyczne w rodzinie Małgosi przemówiły i raczyliśmy się tym wydarzeniem kulturalnym przez kilkanaście minut. Opłaciło się. W tym krótkim czasie, na dźwięki muzyki klasycznej, mała rozszalała się w brzuszku. Kopniaki leciały z prawej, lewej, pod pępkiem. Wyglądało to na całkiem dobrą imprezę w wodach płodowych. Kując żelazo póki gorące, wziąłem się na sposób i zamiast trzymać rękę na brzuszku przyłożyłem do niego ucho i nasłuchiwałem tego kopniakowego szaleństwa.

Z każdym małym kopniakiem, wykonywanym jeszcze mniejszą nóżką, docierała do mnie ogromna dawka pozytywnej energii. Doskonały początek roku. Doświadczenie to dołączam do swojej definicji szczęścia. Obok forsy i fejmu oczywiście.