Wczoraj wybił 38 tydzień (albo 39 wg prognoz niezależnych ekspertów). Jak już pisałem w ostatnich postach, jesteśmy w pełnej gotowości, by w każdej chwili wyruszyć na porodówkę. Zegar tyka, a my z niecierpliwością wyczekujemy na pierwszy krzyk.

Jak w co drugi wtorek, tak i wczoraj Gosia miała wizytę u położnej. Co więc nowego? Mia rośnie jak na drożdżach (wykres pięknie pnie się w górę), serduszko stuka miarowo, a i ułożenie jest już prawidłowe. Co więcej – położna podkreśliła, że główka jest już nisko, a Mała gotowa do wyjścia. Teraz tylko mamy obserwować ruchy i w razie jakichkolwiek nieprawidłowości dzwonić na oddział położniczy. Dostaliśmy również numer telefonu na oddział, gdzie odbywają się porody w wodzie. Gdy tylko zaczną się skurcze / odejdą wody, mamy dać sygnał, żeby szykowali dla nas miejsce. Niech ustawią dobrą ścieżkę dźwiękową, przygotują bombelki i idealną temperaturę w basenie. Nie ma to tamto, luksus być powinien.

Dodatkowo Gosia dowiedziała się wczoraj, że przysługuje jej zastrzyk pobudzający skurcze podczas porodu łożyska. Jest to o tyle komfortowe rozwiązanie, że skraca ten etap porodu do koniecznego minimum (położna wspominała, że nawet do 10 – 15 minut). Konsekwencje zastrzyku – ponoć brak.

W ostatnich dniach przygotowaliśmy również z Gosią plan porodu, który obejmuje listę naszych życzeń odnośnie dnia „W”. Na trzech stronach znalazły się m.in. informacje na temat znieczulenia – Gosia zdecydowała się jedynie na gaz rozweselający, mojego udziału przy porodzie (przecięcie pępowiny) czy pozycji, w jakich rodząca chciałaby odpoczywać między skurczami. Wszystko jasne i klarowne. W teorii…