Na ostatniej prostej
Witamy w 9 miesiącu. Czy to już czas na wielkie odliczanie?
Podobno ciąża trwa 9 miesięcy. Tak piszą w książkach i tak mówi też kobieca fizjologia. Ja jednak mam spore wątpliwości. Wczoraj rozmawialiśmy z Małgosią, że od 10 września, gdy dowiedzieliśmy się o całym zamieszaniu, minęło zaledwie parę chwil. Pamiętam jak dzisiaj, kiedy szanowna małżonka poinformowała mnie o nowym stanie rzeczy, przynosząc w dowodzie 3 testy ciążowe. Co to była za chwila radości. Ostatni raz cieszyłem się tak na prezenty komunijne. Po jesiennym zamieszaniu przyszła zima, potem Święta i Nowy Rok, a teraz świeci już wiosenne słońce, a nam stuknął 36 tydzień. Jak to możliwe?
Jak na początek 9 miesiąca Gosia czuje się na prawdę dobrze: nie doskwiera jej (aż tak) duży brzuszek, kręgosłup też nie boli, a i obolałe nogi nie dają za często o sobie znać. Pomimo dobrego samopoczucia, widzę jak wiele wysiłku kosztują Małgosię codzienne obowiązki, jak ciężko jest jej przejść kilkanaście metrów bez dostania zadyszki czy przewrócić się z boku na bok. Ja już bym pewnie dał za wygraną i leżał do góry brzuchem. Co do Mii – rozpycha się w najlepsze, pokazując nam swoje piłkarskie umiejętności. Pomimo bólu, jaki towarzyszy małym kopniakom, Gosia z ogromnym entuzjazmem wyczekuje każdego z nich. A ja z zaciekawieniem przyglądam się falującemu brzuchowi.
Na ten miesiąc mamy na razie zaklepane dwie wizyty u położnej. Obie jeszcze w kwietniu. Sami nie wiemy z Małgosią czego się spodziewać po nadchodzących tygodniach. Niby te spotkania, szkoła rodzenia dała/daje nam wiele cennych informacji, uczymy się jak rozpoznawać sympotmy zbliżającego się porodu, jak reagować, oddychać, odprężać się etc. Ale z tym wszsytkim co mówią i piszą w mądrych książkach, poradnikach czy wspomnieniach z porodu jest tak jak z filmami porno. Za nastolatka ogląda się je z zapartym tchem i po kilku seansach człowiek myśli, że jest demonem seksu i wszystko w temacie już wie. Potem może się jednak okazać, że pierwsza przygoda z dziewczyną wszystko weryfikuje.
Jednak przygotować można się zawsze. Powzięliśmy już pierwsze kroki przed wprowadzeniem w życie „operacji poród”. Telefony alarmowe do pracy wklepane w pamięć komórki, lista z rzeczami do kupienia odhaczona, pralka pracuje dzień i noc, a żelazko aż pali się w rękach. Co prawda torba do szpitala jeszcze świeci pustkami, ale zaraz po świętach planujemy już zamknąć i ten temat.
Pozostaje dopracowanie kilku kwestii logistycznych. Już widzę siebie, kiedy Gosia zadzwoni do pracy żebym wracał, bo Mia w drodze…

