Im bliżej 14 lutego tym więcej biadolenia na temat walentynek. A po co, a na co, a co Ci do tego? Tego dnia nikomu nie można dogodzić.
Pary, które chcą być szczęśliwe, wystawione są na zajadłe ataki przeciwników walentynek. Z kolei single i singielki, którzy pewnie z jednej strony chcieliby to „wielkie święto zakochanych” mieć w dupie, muszą znosić wszechobecne serduszka i przelewającą się ulicami miłość. Za dzieciaka nikt się tym nie przejmował. Było fajnie, a i buziaka za budynkiem szkoły można było dostać (w słoneczko wtedy nikt nie grał).
Kiedyś to człowiek cieszył się jak dostał kartkę z wierszykiem o miłości, różach na dole i jakiś chwastach na górze, od tajemniczej, szkolnej walentynki. Ba, jak nie było fejzbuka (pamiętam takie czasy, a gimby nie znajo) to w skrzynce pocztowej, takiej metalowej, stacjonarnej, znalazł się nawet podrzucony list miłosny. Nieważne, że uroda dziewczyny – nadawcy znacząco odbiegała od akceptowalnych kanonów piękna. Gest zasługiwał na podziw i czytając młodzieńcze wypociny, aż gorąco się na sercu robiło. Tak, to prawda, tego dnia było czym się emocjonować.
A dziś? Jaki jest sens celebrowania dnia zakochanych 14 lutego, skoro będąc szczęśliwym facetem w związku z równie szczęśliwą kobietą, możemy sobie fundować takie walentynki każdego dnia? Codziennie mówię mojej żonie, że ją kocham (no może co drugi albo trzeci dzień) i nie widzę powodów, żeby akurat 14 lutego dawać temu najgłębszy wyraz. To coś na zasadzie składania hołdu lennego albo odświeżanie przysięgi wierności, opakowanej w komercyjny shit. Nie kupuję tej tradycji. Najzwyczajniej w świecie. Walentynki są dla mnie tak ważne, jak szampańska zabawa sylwestrowa czy obchody dnia odzyskania niepodległości na Mauritiusie.
Jak więc spędzamy walentynki Anno Domini 2015? W tym roku podnoszę wszystkim facetom poprzeczkę wysoko. Walentynki spędzam z 5 kobietami i tylko jedna z nich jest moją żoną. Można? Można.

