Możemy się śmiać, wygłupiać i podchodzić z dystansem do porodu. Możemy żartować, bagatelizować temat i traktować nadchodzący dzień z przymrużeniem oka. To dobre i zdrowe podejście. Nie ma co się zamartwiać. Mimo, że na zewnątrz udaje nam się zachować dobry humor, a Małgosia z uśmiechem na ustach wchodzi w kolejny dzień, to jednak gdzieś, w głębi każdego z nas siedzi strach. Ten trapiący moją małżonkę jest naturalny. Będzie musiała odwalić kawał roboty i dać z siebie bardzo dużo tego dnia. To jasne. Strach, który siedzi we mnie, może wydać się jednak dla wielu niezrozumiały. Bo w końcu co niby takiego mam do roboty, oprócz odwiezienia Małgosi do szpitala? No właśnie…
Zdecydowaliśmy się na poród rodzinny. Tak samo, jak przy narodzinach pierwszej córki, które miały miejsce w Królestwie Albionu. Wtedy, bez najmniejszego wahania, odpowiedziałem, że chcę uczestniczyć w porodzie i wspierać Małgosię. Mimo upływu blisko 4 lat od tego dnia wciąż pamiętam te 21 godzin tak, jakby to było wczoraj. W przeciwieństwie do żony, która kojarzy fakty jak przez mgłę, ja mógłbym relacjonować tamto wydarzenie godzina po godzinie.
Nie mogę powiedzieć, że siedzi we mnie trauma, która nie pozwala zapomnieć. Tego dnia doświadczyłem tylu skrajnych i różnorodnych emocji, że po prostu chyba nie chcę zapomnieć. Naprzemienne wyrzuty adrenaliny, zejścia spowodowane zmęczeniem, totalny wkurw na personel medyczny, przez bezsilność wobec bólu, jaki przechodziła Gosia, strach przed tym, co będzie dalej i kiedy to się skończy, po radość i łzy szczęścia.
Tylko strach
Ale kiedy zaczynam analizować szczegóły, rozpamiętywać raz jeszcze sytuacje, które miały miejsce, jedynym uczuciem, narastającym we mnie przed wyjazdem na porodówkę, jest strach. Na chwilę zapominam o radości, szczęściu i wszystkich pozytywnych emocjach towarzyszących mi cztery lata temu. Teraz pojawia się tylko strach.
Strach przed tym, by zdążyć
Pamiętam, wyrwany w środku nocy z głębokiego snu, jak zarzuciłem na siebie jakieś stare spodnie dresowe, przepocony podkoszulek i pognaliśmy do szpitala. Zero ruchu, korków, na każdym skrzyżowaniu pulsujące pomarańczowe. Droga wolna i szeroka aż pod same drzwi szpitala. A co jeśli teraz wszystko zacznie się, kiedy będę w pracy? W godzinach popołudniowych? Przez pieprzone korki będę potrzebował może nawet godziny żeby dostać się do domu. Dobra, wiem, że poród nie nastąpi tu i teraz. Wciąż jednak jest ta świadomość, że zacznie się gdy mnie nie będzie i będę musiał pędzić do domu, a potem znowu przez całe miasto, do szpitala. Strach przed tym, by zdążyć.
Strach o Mię
A co jeśli zacznie się w środku nocy? Jest przecież z nami Mia. Co z nią? Przecież nie zabierzemy dziecka ze sobą. Nie mamy na miejscu dziadków – do najbliższych 300 km. Kolejni oddaleni się o 600 km, a następni o 1600 km. Sąsiedzi? Spoko ludzie, z którymi spędzamy sporo wolnego czasu, a nasze dzieci wychowują się razem. Pożyczą szklankę cukru, blender i wpadną na coś mocniejszego. Ale kiedy trzeba będzie ich budzić w środku nocy, żeby zajęli się dzieckiem? Każdy z nich ma swoje obowiązki i codzienne sprawy. A tu rano do przedszkola, po południu odebrać, a wieczorem? Cholera, przecież przy pierwszym porodzie byłem przy żonie blisko 30 godzin. Co teraz będzie z małą? I znowu ten strach, strach o Miaszka.
Strach przed bezsilnością
A sam poród? Wiem, z czym zmagała się Gosia za pierwszym razem. Bóle lędźwiowe były tak intensywne, że żaden masaż nie pomagał. Jedyne, co przynosiło lekką ulgę, to wbijanie z całych sił pięści w miejsce, gdzie ból był największy. Robiłem to tak intensywnie, że aż mnie bolało, pomimo to Gosia wciąż domagała się, abym dał z siebie jeszcze więcej. A więc woda, gaz rozweselający, masaż, trzymanie za rękę, woda, gaz, masaż, gaz, trzymanie za rękę, woda… Nie mogłem pomóc w żaden sposób. Do tego robienie za tłumacza między wyczerpaną małżonką, której ostatnie co przychodziło na myśl to rozmawianie po angielsku, a personelem medycznym. Czułem, że choćbym stanął na głowie, to i tak w tym momencie Małgosia musiała przejść przez wszystko sama. Strach przed bezsilnością.
Na sam koniec dostałem małą na ręce i tylko krótkie słowa błogosławieństwa na drogę: Good luck. Zero instrukcji co dalej. Małą, zupełnie bezbronną istotę, którą musiałem “ogarnąć”, ubrać, przetransportować do mamy. Potem ułożyć w łóżeczku. Jak złapać główkę? Jak założyć pieluszkę, śpioszki, czapeczkę? Jak prawidłowo chwycić, żeby nie zrobić krzywdy. Wtedy się tego nauczyłem, dziś dominuje we mnie strach przed tym, że wszystko zapomniałem.
Nie mam pomysłu na podzielenie się z Wami morałem. W tej opowieści nie ma go. To tylko kilka słów od Taty, który po raz kolejny wybiera się na porodówkę. Taty, w którym wzbiera się strach.

Czołem, jestem Radek. 15 kg temu, w czasach studenckich, jeden z wykładowców powiedział: nigdy nie zadawajcie się z ludźmi bez pasji. Obok takiej mądrości nie można było przejść obojętnie. Dziś wyrazem mojej pasji jest Tata Story – nietuzinkowy blog parentingowy gdzie przeczytasz o emocjach, uczuciach i podróżach okiem Taty.
Codziennie jesteśmy na Facebooku. Koniecznie zajrzyj i zostań z nami na dłużej. Dzięki i do zobaczenia!
P.S. Jeśli się już znamy „piąteczka” za kolejne odwiedziny!

