Z obserwacji rówieśników Mii twierdzę, że jak na prawie półtoraroczne dziecko nasza córka posiada całkiem zadowalający zasób słów. Nie, nie jest żadnym cudownym dzieckiem, które potrafi policzyć już do 73 czy wyrecytować dwa wersy z Księgi Pierwszej Pana Tadeusza. Po prostu ogarnia słownictwa całkiem dobrze. Dziś nastąpił kolejny krok milowy i w rodzicielskiej rozmowie o poranku pojawiło się słowo nie.
Wcześniej, gdy Mia nie miała na coś ochoty albo chciała zaprzeczyć, zwykle kiwała w powszechnie rozumianym geście głową albo odpowiadała yy y. Wiedzieliśmy o co kaman, szczególnie kiedy chcieliśmy ją zagonić do spania albo podczas długich negocjacji, żeby wracać już z placu zabaw do domu. Dziś pierwszy raz wyraźnie zakomunikowała przeczącą odpowiedź na postawione pytanie.
Po przebudzeniu, postawiłem małą na parapet i patrzyliśmy na depresyjną pogodę za oknem. Opowiadałem jej o tym, skąd się bierze deszcze i o wielkiej burzy, która przyszła w nocy. Mia, słuchając uważnie, cały czas smutnym wzrokiem patrzyła na plac zabaw pod oknami. A, że nie mogła wypatrzeć swoich małych ziomków zapytałem:
– Co Żuczku, nie ma dzieci?
– Nie.
Wow! To była tak wyraźna, stanowcza a jednocześnie smutna odpowiedź, w pełni oddająca rozczarowanie Miaszka.
W stałym użyciu pozostają słowa mama, tata, baba, kaka (uwaga: kaczka, nie kupa), aaa (spać), mniam mniam (dobre, jeść) czy daj (chyba najczęściej powtarzane w ciągu dnia). Na porządku dziennym jest również tak, które stanowi bardzo precyzyjną odpowiedz na pytania dotyczące tego czy idziemy już spać, czy chcesz nocnik albo, czy byłaś dziś grzeczna (choć w tym ostatnim przypadku z Mii strony często dochodzi do świadomej manipulacji i cokolwiek złego by zrobiła zawsze odpowie, że była grzeczna).
Mam pewne obawy, że nie zdyskwalifikuje pozostałe, nauczone do tej pory słowa. Chyba wchodzimy w etap uśpionej wcześniej postawy buntowniczej.
Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Zajrzyj do nas i zostań na dłużej.

