Podczas studiów w Hiszpanii, obok młodych i czarujących hiszpanek, w ekipie z którą trzymałem było sporo ludzi spoza Półwyspu Iberyjskiego. Pamiętam Niemca, człowieka legendę, który drogę z okolic Monachium aż pod Madryt przejechał na małym skuterku. Dotarcie na rozpoczęcie roku akademickiego zajęło mu blisko trzy tygodnie. Był tam również Japończyk, którego kierunek studiów nie był nikomu za bardzo znany, czeski raper, syn chilijskiego górnika, gruby Meksykanin, szalone Greczynki i on – człowiek północny. Student z Finlandii.
O karnacji tak białej i surowej jak skute lodem granie Tatr Wysokich, przenikliwym spojrzeniu (jak spojrzenie mamy po wywiadówce, która wie, że masz kilka jedynek na koncie, a i tak pyta cię o oceny) i sztywnym kręgosłupie moralnym. W całym tym jego nad wyraz poprawnym i grzecznym zachowaniu było coś, co strasznie nas irytowało. Otóż fiński kolega nigdy, ale to przenigdy nie przechodził na czerwonym świetle. Nie ważne czy to jednokierunkowa, wąska uliczka, po której samochody poruszały się sporadycznie czy też droga w środku nocy po obu stronach której w odległości kilometra nie była widać żadnego przejazdu. Stał tak i cierpliwe czekał na zmianę koloru. Czerwone to czerwone. Koniec. Kropka. Świętość. Podczas gdy dla niego była to jedna z naczelnych, złotych zasad funkcjonowania w miejskiej przestrzeni publicznej, dla nas był opóźniaczem wycieczek i frajerem. Zawsze musieliśmy czekać na niego, podczas gdy on czekał na zielone.
Z perspektywy czasu odpowiedź na jego zachowanie była prostsza niż mogłoby nam się wydawać. Jeśli nie wiesz o co chodzi to z reguły chodzi o hajs. Długo zajęło nam rozkminienie tematu i dojście do czegoś, co określane jest terminem income-based fines. To taki progresywny system mandatów za szereg wykroczeń. W skrócie, w Finlandii działa to tak, że mandat np. za przekroczenie prędkości naliczany jest w oparciu o dochód winowajcy. Im więcej kasy zarabiasz tym z większą skalą mandatów musisz się liczyć. Za przekroczenie prędkości o 15 mil na godzinę pewien biznesmen musiał zapłacić ponad 100 tysięcy dolarów. Grubo. Za taki wybryk jak przejście na czerwonym nasz fiński przyjaciel zapłaciłby pewnie kilka stówek ojro.
Skąd ta przydługa historia z pogranicza prawa i stosunków międzynarodowych. Już wyjaśniam. Wracając z pracy stanąłem przed przejściem dla pieszych czekając na zielone. Nic co prawda nie jechało jednak nie czułem jakieś przeraźliwej, niepohamowanej, wewnętrznej potrzeby, która pchałaby mnie ku drugiej stronie jezdni na pełnym nielegalu. Stoję tak i czekam układając sobie w myślach listę produktów na jutrzejszy obiad. Z naprzeciwka biegnie kobieta i ciągnie za sobą dwójkę dzieci za ręce. Pędzi na łeb na szyje i wpada na czerwonym na pasy. Bo tramwaj nadjechał. Już jest w ogródku, już wita się z gąską, a tu nadjeżdża samochód. Klakson, pisk opon. Już widziałem jak lusterkiem strąca dziecku czapeczkę z głowy (w ślad za nią poszła by pewnie cała głowa). O cal, o milimetr, o włos mija dziecko, które matka wciąga za sobą w ostatniej chwili na chodnik. Bo tramwaj nadjechał. Kurwa! To nie dyliżans, że pojawia się w mieście tylko w środy czy piątki. Jak nie ten to następny. Odjeżdżają co 3,4 czy 6 minut. Co może być tak ważnego i nie może poczekać, że ryzykuje się życie i zdrowie dzieci? Czasem warto być frajerem. Właśnie dla dobra tych najmniejszych. Polecam.
Codziennie widzimy się na Facebooku. Wpadnij do nas i zostań na dłużej.

