Kiedy Mia chodziła do żłobka, a potem rozpoczęła przygodę z przedszkolem, Małgosia każdego dnia zawoziła małą na miejsce, a po pracy odbierała. Co jakiś czas podwoziłem dziewczyny rano, jednak z reguły musiały podróżować tramwajem. Czasem dwoma. Takie życie.

Wraz z nadejściem jesieni zmieniliśmy jednak strategię ogarniania wielkiego miasta. Żal było zrywać małą wcześnie rano, a poza tym o tej porze roku komunikacja miejska to tykająca bomba przeziębieniowa. Człowieki w tramwajach i autobusach smarkają, kichają i prychają, nierzadko nie dbając nawet o zasłonięcie twarzy. A gdyby tego było mało to wcierają cały przegląd bakterii we wszystkie elementy, których można się złapać podczas podróży. Dlatego zmieniliśmy przedszkole na takie tuż przy domu, bez konieczności tłuczenia się tramwajami. Przeniesienie do nowego miejsca oznaczało jedno: zmianę podziału obowiązków. Poranki należą teraz do mnie. A każdy z nich to suma kwadransów, które decydują o być albo nie być każdego dnia.

Pierwsze 15 minut: przebudzenie

Mniej więcej tyle potrzebuję żeby dojść do siebie. Między jednym budzikiem, a drugim, jak przez mgłę docierają do mnie słowa Gosi: Wstawaj, spóźnicie się albo Wiesz która godzina? Nie wyrobicie się. Walczę z sobą i z ciemnością za oknem. Otrzeźwienie przychodzi w okolicach 6:15.

Drugi kwadrans: ogarnięcie się

Jeśli poprzedniego dnia dopadło mnie lenistwo i nie wyprasowałem sobie koszuli do pracy, to zaczyna się balansowanie na krawędzi. W tym czasie pozostaje mi również do przygotowania (i zjedzenia) śniadanie i zaopatrzenie się w jedzonko na resztę dnia.

Trzeci kwadrans: pobudka i stylówka

Dwulatek to takie sprytnie zaprogramowane stworzenie, które w weekend potrafi zerwać się na równie nogi nawet o 6:00 rano, podczas gdy w tygodniu nie sposób wyciągnąć go z łóżka. I prośbą, i groźbą, i obietnicą, i przekupstwem. Większość technik negocjacyjnych nie ma racji zastosowania w budzeniu takiego robaczka. Kiedy już wreszcie uda mi się wprowadzić dwulatka w tryb ON, przychodzi moment ubierania. Nie wiem czy Małgosia ma jakieś wątpliwości, co do mojego poczucia stylu w doborze ciuchów dla małej, ale zawsze szykuje komplet, który ma obowiązywać danego dnia. W temacie aranżacji fryzury mam wolną rękę. Opatentowałem już uczesanie, które łączy w sobie prostotę, funkcjonalność i minimalizm. Włosy gumką w kucyk i po jednej spince z każdej strony.

Czwarty kwadrans: śniadanie i kreskówki

Sprawa jest o tyle łatwa, że przed przedszkolem M. je chrupki z mlekiem. Prostota przygotowania i gwarancja zjedzenia. W tzw. międzyczasie, czyli kiedy przygotowuję śniadanie, a potem zbieram wszystkie rzeczy, które mamy ze sobą zabrać (poduszka, maskotka, torba jedna, torba druga, laptop i inne), mała ogląda bajki. O poranku jedyny, słuszny wybór to Peppa of kors.

Piąty kwadrans: negocjacje i wyjazd

Myślicie, że łatwo jest oderwać dwulatka od bajki mówiąc, że czas iść do przedszkola? No way! Do tego dochodzi jeszcze podjęcie dramatycznie trudnej decyzji: jaką maskotkę zabrać ze sobą? To, że od samego rana naszykowany jest królik, wcale nie oznacza, że wygrał los na loterii i jedzie z nami. Zmiana decyzji może zapaść w ostatnim momencie. Ba! Nawet kiedy jesteśmy już w samochodzie!

Szósty kwadrans: ziemia obiecana

W przedszkolu mamy jeszcze chwilę dla siebie. Zdążę zapoznać się z plastyczną twórczością z dnia poprzedniego, policzyć wszystkie szafeczki na ciuchy i wyczytać na głos imiona dzieci z szafeczek. Czego to człowiek nie robi dla dziecka.

Poranki, zorganizowane wokół powyższego schematu, są mega monotonne. Każdy wygląda w zasadzie tak samo. Wszystko na “styk”, z zegarkiem w ręku, oby niczego nie zapomnieć, nie spóźnić się, nie utknąć w korkach. Zapatrzenie się na bajkę, to niekończące się jedzenie. Ociąganie się przy jedzeniu, czy znowu presja przy ubieraniu się, etc..  Ale wiecie co? Mimo wszystko cieszę się, że przejąłem tą część dnia. Widzę w tym wszystkim coś więcej niż obowiązek czy konieczność. To dla mnie kolejna możliwość budowania wzajemnych relacji z córką. Uczenie się cierpliwości i wsłuchiwania w potrzeby dziecka. Wiem, że jej, tak samo jak mi, nie chce się wychodzić z domu. Najchętniej spałbym jeszcze godzinę, dwie albo trzy dłużej. Jest w końcu ciemno, zimno i ponuro. Normalne. Jedziemy na tym samym wózku, dlatego jest mi łatwiej zrozumieć to, że mała rusza się jak mucha w smole czy marudzi przy ubieraniu albo jedzeniu. Jesteśmy jednak teamem i razem musimy to ogarnąć. Mam tę moc!

Codziennie widzimy się na Facebooku.
Wpadnij do nas i zostań na dłużej.