Choćby w piaskownicy było sto plastikowych łopatek, wiaderek i innych foremek, to ciągle będzie mało. I choćby Twoje dziecko było najgrzeczniejszym aniołkiem na świecie, to i tak nie powstrzymasz go od nieuniknionego. Prędzej czy później nastąpi bowiem taka chwila, kiedy maluch zacznie zabierać zabawki innym. Jak rozwiążesz ten problem?

Czy to powód do zmartwień i sygnał do natychmiastowego wdrożenia planu naprawczego? Bzdura. To, że dziecko zaczyna zabierać rzeczy należące do innych, interpretowałbym jak nieodłączny element procesu socjalizacji. Może niekoniecznie nadałbym takiemu zachowaniu znamiona próby zaznaczenia swojego terenu i ustalenia miejsca w piaskownicowej hierarchii, bo to podpada mi pod pseudointelektualny bełkot (i zachowania zbliżone raczej do pawianów niż do dzieci). Bardziej widzę w tym próbę badania przez malucha granic, w których może operować. To testowanie otoczenia i niejako właśnie próba sił. Bardzo niewinna, choć jestem zdania, że świadoma. Mia dobrze wie, że zabawki, którymi bawią się inne dzieci nie znajdą się w jej rękach tu i teraz, na żądanie. Mimo wszystko podejmuje działanie, żeby zabawkę zdobyć. Nie jest to co prawda desperacki atak na rówieśnika. Sytuacja wygląda raczej tak: mały, przyczajony tygrys kręci się koło ofiary w oczekiwaniu aż ta straci czujność. Tylko, że ten tygrys nie jest aż tak cwany i odważny, bo co chwilę spogląda na kogoś z nas, rodziców. Ma świadomość nielegalności czynu.

I teraz najważniejsze. Prędzej czy później Mia odważy się podebrać innemu dziecku jego zabawkę (czy też zabawkę „wspólną”, będącą akurat w posiadaniu rówieśnika). I tu pojawia się moment, w którym któreś z nas wkracza do akcji. W tym procesie szalenie istotną rolę odgrywają właśnie rodzice. To, w jaki sposób podejdziesz do tematu, skutkować będzie przy kolejnych tego typu sytuacjach. Twoja reakcja i stopień, w jakim uświadomisz dziecko (albo też nie) z pewnością wpłynie również na kolejne decyzje podejmowane przez malucha wobec rówieśników.

U nas temat wygląda następująco: nigdy nie krzyczę na swoje dziecku przy ludziach. Nigdy nie daję córce odczuć, że jestem przeciw niej i trzymam stronę drugiego dziecka. Jeśli zabieram jej zabawkę i oddaję innemu, małemu właścicielowi przedmiotu, zawsze staram się znaleźć atrakcyjną alternatywę. Czasem pomaga, czasem nie. Z reguły to drugie. Wtedy próbuję zaabsorbować jej uwagę innym zajęciem. Zachęcam do zrobienia babki z piasku albo pozbierania patyczków znajdujących się w zasięgu. Czasem pomaga, czasem nie. Tutaj bywa różnie. Zawsze należy szukać alternatywy i rozwiązania, najlepiej jeśli prowadzi do wyniku win – win. 

Elementem, który powtarza się za każdym razem jest rozmowa i tłumaczenie. Słowo nie nie stanowi dla dziecka żadnego komunikatu. Mówię dlaczego nie powinna zabierać danego przedmiotu, opisuję jak będzie czuł się mały rówieśnik – że będzie płakał, będzie smutny albo pogniewa się na Mię. Nie wiem czy ma to dla was jakiś większy sens i wartość, ale ja/my zawsze wkładamy wysiłek, by nauka nowych rzeczy, wartości i postaw nie ograniczała się do lakonicznych komunikatów: zostaw bo to nie Twoje, nie ruszaj tego, bo masz swoje czy dostaniesz klapsa, jak zabierzesz to dziewczynce.

Właśnie w takich codziennych sytuacjach widzimy wspomniany wyżej „większy sens”. To szansa na wyrobienie w dziecku pojęcia własności, umiejętności dzielenia się i szacunku do innych. Może te pojęcia brzmią bardzo wyszukanie, szczególnie kiedy osadzi się je w kontekście placu zabaw i małych bobasów, ale uważam, że właśnie takie miejsca, jak omawiany przykład piaskownicy, to świetne narzędzia do kształtowania w dziecku odpowiednich postaw i wpajanie mu wzorców zachowań.

Na zakończenie nie obejdzie się bez spojrzenia krytycznym okiem na moich kolegów i koleżanki po fachu – rodziców. Wysypki na przedramionach i kolanach dostaję na dwie reakcje. Zdarzają się tacy, którzy na widok ich dziecka zabierającego zabawki innemu, zaraz zrywają się i drą na cały plac zabaw: nie wolno, nie Twoje, zostaw, odłóż, oddaj. Brakuje tylko: leżeć, waruj, wróć do kojca i elektrycznego pastucha do wyznaczania kary. Czasem takiej reakcji towarzyszy również widoczne poczucie zawstydzenia, że oto własne dziecko dokonało czegoś na miarę niemowlęcej zbrodni, a inni rodzice są świadkami tego niecnego występku. Wstyd na całe osiedle. Fak, litości.

Inna reakcja to tzw. tumiwisizm. Mówiąc językiem mniej zawoalowanym – nie interesuje mnie, co robi moje dziecko. Bywa i tak, że mama wrzuci do piaskownicy małego despotę, a sama oddaje się koleżeńskim pogawędką albo wpada w otchłań aplikacji na smartphonie. Podczas gdy ona odpoczywa (albo on, niech będzie), dzieciak szerzy prawdziwy terror na terytorium przeznaczonym do zabawy wspólnej. Głupio ustawiać do pionu czyjeś dziecko, więc przeważnie inni rodzice odsuwają swoje pociechy od agresora i przerzucają się na inne atrakcje dostępne na placu zabaw. Choć zdarza się to coraz rzadziej, w swojej piaskownicowej karierze pewnie wielu z was spotkało takiego małego osobnika.

Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Zajrzyj do nas i zostań na dłużej.