Kąpiel. Kaszka na kolację i seans Stacyjkowa. Luz. Poszło gładko. Ułożyłem małą do snu i usiadłem do seansu The Walking Dead. Przed nami dwa dni tylko we dwoje.

Śpię na pół gwizdka. To dziwne bo normalnie sen mam kamienny, a wybudzenie mnie trwa średnio 30 minut. Małżonka potwierdzi. Teraz jestem w trybie czuwania. Chyba aktywował się sam bo na pewno nie na moje żądanie. Planowałem zamknąć oczy i obudzić się rano. Tymczasem słyszę każde przewrócenie się małej z boku na bok. Głośny płacz. Z prędkością światła docieram do łóżeczka. What da fak? Jak to możliwe? O ile wybudzenie mnie w normalnych warunkach trwa pół godziny to zwleczenie się z łóżka zajmuje drugie tyle. Nie ważne. Najwyraźniej dała o sobie znać jakaś rodzicielska supermoc. Przykrywam małą, próbuję uspokoić jej płacz. Pomaga dopiero ułożenie małego krzykacza obok siebie na łóżku. Zasypia. Głośny płacz. Budzę się. Śpiewam jakąś kołysankę. W końcu zasypia. Patrzę na zegarek z myślą, że całkiem szybko minęła ta noc. 1:17. Kurwa…Oby do świtu.

Gosia: Mam wyjazd do Warszawy na szkolenie. Poradzisz sobie z małą?
Radzimir: Pewnie. Na ile?
Gosia: Dwa dni.
Radzimir: Spoko.
No i pojechała…

Wstaję 10 minut przed budzikiem. 5:40. Nigdy nie widziałem świata o tej porze dnia. Albo nocy… Czuję, że zmysły szwankują więc ruszam się powoli w obawie przed zapaścią organizmu. W tym szoku może uruchomić przecież jakiś mechanizm obronny. Biorę prysznic i ogarniam się. 6:10 w pełnym garniturze stoję przy łóżku i rozpoczynam budzenie małej. Cały jestem spięty. Przecież normalnie Mia wstaje około 6;40. Nie wiem jak zareaguje. Udaje się. Z ubraniem idzie mi szybko. Z kaszką gorzej. Wczoraj odebrałem spodnie z pralni. Potrzebowałem zaledwie 12 godziny żeby znowu je upierdolić. Brawo ja.

7:00. Docieramy do samochodu. Montowanie małej w foteliku mam opanowane do perfekcji. Chwilę później jesteśmy w żłobku. Szybkie pa pa i każdy idzie w swoją stronę. Widzimy się za kilka godzin. Kurwa, zapomniałem śniadania. Obiadu też. W mordę.

Wypada mi spotkanie. Wiem, że nie odbiorę Mii na czas. Proszę koleżankę z biura żeby poinformowała żłobek, że będę około 17:10. Proszę małżonkę żeby dała znać, że dotrę na 17:30. W końcu docieram. Przez chwilę mierzymy się z małą wzrokiem. Nie wiem kto jest bardziej zmęczony. Ona czy ja. Wleczemy się do domu. Wpadam na pomysł zamówienia pizzy. Pełna aprobata ze strony córki. Zaczynamy ucztę o 18:30. W Mii aktywują się dodatkowe pokłady energii. Ja czuję, że mam zejście. Walczy do 20:00. Kąpiel, kaszka, sen.

Siadam na dupie. Rozglądam się i widzę krajobraz jak po zrzuceniu bomby atomowej. Już mam wstawać do kuchni ale przypominam sobie, że czeka tam na mnie trochę naczyń. No dobra cały zlewa i kila sztuk na stole. A może kilkadziesiąt. Mam ochotę na piwo albo kieliszek wina. Głuptasie, przecież nie pijesz mając dziecko pod opieką. Fakt. Za 2 godziny wraca Gosia. Wytrzymam. Przeżyłem w końcu 25 godzin.

Piszę o tym, bo wiem, że zaraz będzie tu Gosia i podział obowiązków wróci do stanu pewnej równowagi. Choć uważam siebie za ogarniętego i zaradnego faceta to szereg czynników sprawił, że przez ten czas dostałem dobrze w dupę. Żeby ogarniać taką rzeczywistość na co dzień i nie zwariować to naprawdę trzeba mieć jaja. Wielkie jaja.

Do tego wpisu zainspirowała mnie jedna ze znajomych. Samotna matka. Dziecko, praca, życie w dużym mieście, można dostać do głowy. Przez kilkadziesiąt godzin miałem zaledwie namiastkę takiej samotności. Mamuśki podziwiam i chylę czoła.

Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Wpadnij do nas i zostań na dłużej.