HELGA. Nigdy nie wiem ile ma lat. Najłatwiej jest mi to obliczyć, przypominając sobie wiek dziadka i odejmując od niego 6 lat. Albo 7? Sam nie wiem, bo czy to ważne? Dla mnie od zawsze wygląda tak samo. Helga włożyła sporo wysiłku w trud wychowawczy, by wyprowadzić mnie na ludzi w okresie przedszkolnego buntu. Codziennie rano, kiedy już udało się jej zapakować mnie do wózka, dzielnie rozpoczynała wyprawę do przedszkola. Sprawa była jednak o tyle skomplikowana, że ponoć darłem się jakby żywcem obdzierali mnie ze skóry, dlatego też Helga musiała okazać się nie lada sprytem by odwrócić moją uwagę od miejsca przeznaczenia. Pomysł był banalnie prosty. W drodze do przedszkola karmiliśmy wrony. Im bardziej się darłem, tym częściej się zatrzymywaliśmy. Im więcej przystanków robiliśmy, tym więcej wron zlatywało się z całej okolicy.
Ponoć każde wyjście do przedszkola odbywało się zawsze wobec tego samego schematu. Darcie gęby z mojej strony, odwracanie uwagi karmieniem wron, darcie gęby, wrony, darcie gęby, wrony, darcie gęby, odstawienie do przedszkola. A Helga każdego dnia w formie, walcząc dzielnie z wnukiem i wronami.
Helga jest miłośniczkom działki. Takiej z warzywami, owocami, rekreacyjnej jednym słowem. W sezonie zawsze dostarcza nam truskawek, czereśni, jabłek i pewnie gdyby miała trochę więcej siły to szarpnęłaby się na posadzenie ananasów. Wszystko dla swoich wnuczków.
Helga ma niespożyte pokłady energii. Kilka lat temu będąc w sanatorium razem z koleżankami wybrały się na blisko 30 km wycieczkę rowerową. Krejzi! Helga gotowa jest wstać od stołu podczas niedzielnego obiadu i pobiec do sklepu, jeśli któremuś z biesiadników zabraknie soku jabłkowego, choć na stole stoją jeszcze pomarańczowy i ananasowy. Helga jest babcią, od której nigdy nie usłyszałem żadnej nagany, podniesionego głosu czy jakiejkolwiek oznaki zdenerwowania, czy zniecierpliwienia moim zachowaniem. A bywałem nieznośny.
Choć mieszkamy spory kawałek od siebie to staram się dzwonić do niej regularnie. Nie z poczucia obowiązku, a z miłości. Nigdy nie czuję się skrępowany powiedzieć, że ją kocham i chciałbym, żeby była z nami co najmniej do momentu, aż Mia nie weźmie ślubu. Bo wtedy koniecznie Helga będzie musiała założyć kreację, którą oczarowała gości na moim weselu. Kreację, w której wyglądała nie jak milion dolców, a jak brytyjska królowa!
STEFANIA. Codziennie rano łykała jedną tabletkę „z krzyżykiem” na ból głowy. Nie ważne, że głowa nie bolała. To tak na wszelki wypadek, a nóż zaboli w ciągu dnia. Mieszkała na ostatnim piętrze bloku razem z pieskiem. Taki mały, czarny wariat, który wabił się Smyk. Stefania miała świetną metę na wakacje. Zaraz pod domem znajdował się ogromny las, rzeka, boisko. Wszystko czego potrzebowało dziecko spędzające wakacje na wsi.
Uwielbiałem kiedy Stefania serwowała rano twarożek i pieczywa, zawsze ciepłe, jakby kupione na chwilę przed moim przebudzeniem. Do tego słodka herbata. Wszystko podane na plastikową ceratę w czerwono – czarne kwadraciki, która była nieodłącznym elementem dekoracji kuchni.
Stefania robiła obłędny makaron i racuchy. Na takiej diecie mógłbym żyć do końca świata! Stefania nauczyła mnie łapać osy do słoika napełnionego słodkim sokiem, w którym przykrywka z wydrążonymi dziurami działała na owady jak śmiertelne pułapka. Mistrzostwo świata! Szczególnie jak ma się jakieś 6 – 7 lat. Wakacje u Stefanii to był prawdziwy majstersztyk. Karmienie kur, wycieczki do lasu i wieczorne ogniska albo oglądanie horrorów, które babcia uwielbiała. Czułem, że byłem wtedy królem życia!
5 lat temu zawiozłem do Stefanii zaproszenie na wesele. Obiecała, że będzie… Mimo, że nie ma Cię już z nami – wszystkiego najlepszego babciu.
Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Wpadnij do nas i zostań na dłużej.

