W pobliżu naszego domu znajduje się mały, osiedlowy supermarket. W sam raz na drobne i średnie zakupy. W linii prostej będzie do niego z jakieś 300 metrów, a droga prowadzi cały czas z górki. Normalnym tempem będzie jakieś 5 – 7 minut. Sytuacja zmienia się jednak diametralnie, kiedy w podróż zaangażowana jest Mia. Tak, słowo 'podróż’ będzie tu właściwym określeniem.
Wyjście do sklepu zawsze zaczyna się tak samo. Po zejściu ze schodów prowadzących z osiedla na ulicę następuje próba ponownego wejścia po nich na górę. Raz, drugi, trzeci i tak mija pierwsze 10 minut. Potem w Mii budzi się dusza artysty – botanika. Zachwyca się każdym napotkanym kwiatkiem, chwastem czy marną namiastką zieleni, jaką są brudne, postrzępione liście na chodniku. Podnosi je z ziemi, przekłada z ręki do ręki albo przekazuje jednemu z nas na „przetrzymanie”. Nawet w połowie podróży potrafi upominać się o to, co powinniśmy trzymać w ręce. Tak mija kolejne 10 – 15 minut. Tymczasem na horyzoncie zaczynają pojawiać się już ludzie. W końcu dotarliśmy na ulicę i możemy skierować się w stronę sklepu. Jako że w okolicy mamy sporo psiaków, na radarze Mii szybko pojawia się obiekt przytulania. Najbardziej lubi labradory, buldogi francuskie, jack russell terriery i małe, pocieszne kundelki. Za zgodą właściciela i weryfikacji czy pies nie ma nic przeciwko pogłaskaniu następują chwile czułości. Tego podrapie za uchem, tamtego przytuli, a jeszcze innemu spróbuje dać kawałek chrupka. Kiedy kończą się pieski, zaczyna się fascynacja wszystkimi zaparkowanymi przy chodniku samochodami. Sama musi sprawdzić czy lakier to metalic czy mat, dokładnie palcując karoserię. Zainteresowanie motoryzacją przejawia się również, kiedy na dłużej zatrzymuje się przy aluminiowych felgach, dotykając zimnego metalu z niedowierzaniem, że coś może być aż tak brudne. Najgorzej jest jednak, gdy natrafimy na samochód z pięknie błyszczącym się lakierem, w którym można zobaczyć własne odbicie. Wtedy muszę być bardzo czujny, bo Mia widząc „dziewczynkę” często chce ją mocniej przytulić. Ostatnim etapem podróży są metalowe słupki przy chodniku. Każdy z nich musi zostać okrążony przez Miaszka kilka razy. Na szczęści na trasie jest ich tylko kilka.
W ten oto sposób nasza podróż zamyka się w czasie około 40 minut. I w tym tkwi właśnie magia rodzicielstwa.
Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Zajrzyj do nas i zostań na dłużej.

