Jestem po seansie filmu „Supermarket”. Wyjątkowo stara i bardzo średnia w odbiorze to produkcja. Jednak nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło bo te kilkadziesiąt minut z polskim kinem zainspirowało mnie do napisania pierwszego wpisu w czerwcu.
Na początku chciałem opatrzyć ten post krótkim, acz treściwym tytułem: Wkurwiające supermarkety. Brzmi jak dobry horror, co? Ostatecznie trochę odpuściłem. W końcu wszyscy robimy zakupy w wielkich markietach. A to, że często wychodzimy z nich z podniesionym ciśnieniem jest już chyba standardem, do którego przywykliśmy. Poniżej zestawienie kilku składowych, wpływających na „niepowtarzalną” atmosferę tych miejsc.
Panie kasjerki.
Ale tylko te, które dają Ci wyraźnie do zrozumienia, że nie jesteś mile widziana(y) przy kasie. Czynności skanowania każdego kolejnego produktu towarzyszy grymas bólu i rozpaczy wymalowany na twarzy. A kiedy nie radzi sobie z wprowadzeniem towaru do systemu, zamiast zadzwonić po pomoc, rzuca krótkie – tego się nie da. Musi to Pan odłożyć. Droga Pani kasjerko, nie marnuj życia na pracę, która Cię wkurwia. Przenosisz negatywne emocje na Bogu ducha winnych klientów.
Kasy samoobsługowe.
Tyle w nich samoobsługi co seksu w masturbacji. Zamiast usprawnić skanowanie zakupów i odciążyć niekończące się kolejki przy standardowych kasach rodzą tylko frustrację w oczekujących w nadziei na szybkie zakupy klientów.
Ustawienie się w kolejce do kasy samoobsługowej to jak rosyjska ruletka. Uda się, albo nie uda się. Coś się „zawiesi”, waga towaru w sekcji przeznaczonej na zakupy nie będzie się zgadzać, a awokado nie można będzie zeskanować bo nie widnieje ani w owocach ani w warzywach. Nie wspominam już o zakupie alkoholu. Zanim system wbije produkt na paragon potrzebuje kilku autoryzacji ze strony kierownika zmiany, jego zastępcy czy szefa ochrony.
Szalone promocje.
Kiedy do oferty wskakuje karp za złotówkę albo klapki po przecenie w ludziach budzą się najbardziej pierwotne instynkty. Za każdym razem kiedy widzę zakupowiczów szturmujących produkty na „super promocji” przypominają mi się sceny z filmów o średniowieczu, gdzie Pan na włościach, w akcie łaski wyrzuca resztki jedzenia za mury, a pospólstwo walczy o nie jak oszalałe.
Zakupy jak na wojnę.
Wam też zdarza się widzieć ludzi, którzy przed dniem wolnym od pracy np. przypadającym na dzisiaj Bożym Ciałem, robią zakupy jakby przygotowywali się na nadejście końca świata. Wózki sklepowe aż uginają się pod ciężarem 30 kilogramów cukru, 5 worków ziemniaków i 60 zgrzewek mleka. W czasach gdzie supermarket stoi praktycznie na każdym rogu zakupy na miarę misji humanitarnej pozostaję zagadką trudną do odgadnięcia.
Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Zajrzyj do nas i zostań na dłużej.

