Leniwy wieczór w tygodniu. M. składa kalendarz na przyszły rok, ja czytam książkę, w tle leci dramat wojenny z młodym Seanem Pennem i Michealem J. Foxem. Dzwoni skype. Niby ok, bo w naszym domu często dzwoni. Jakie jest zaskoczenie gdy po drugiej stronie widzę moich dziadków (l. 83 i l. 77). Wow! Rozkminili internety! Duma i szacunek. Cieszą się, że nas widzą, my się cieszymy, że odważnie podeszli do nowych technologii. Jednak po rozmowie sumienie daje o sobie mocno znać.

2016-11-17_21-45-58

Franciszek. To on nauczył mnie jeździć samochodem, kiedy miałem 14 lat. Każdej niedzieli ruszaliśmy w trasę przez las małym fiatem w kolorze kości słoniowej. To Franciszek kupił mi pierwszy komputer z prawdziwego zdarzenia, który w tamtych czasach kosztował fortunę. To Franciszek zbudował mi domek na drzewie, który wyglądał lepiej niż te tandetne, drewniane konstrukcje z amerykańskich filmów o dzieciach dla dzieci. To Franciszek robi najlepsze tosty na świecie i mimo, że każdego roku przypala je coraz bardziej, to wciąż smakują wyśmienicie. Franciszek to mój dziadek. Jedyny, którego pamiętam i który jest z nami odkąd pamiętam.

Helga. Mistrzyni uczt i wystawnych obiadów. Nieważne, że nie jesteś głodny, na stole jest zawsze tyle smakołyków, że jeść trzeba. Ostoja spokoju i cierpliwości. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek była zła. Kiedy byłem mały każdego dnia prowadziła mnie do przedszkola, pozwalając karmić chlebem każdą napotykaną po drodzę wronę. Zawsze przy nas kiedy byliśmy dziećmi. Kochająca, ciepła, troskliwa. Odkąd jest prababcią mam wrażenie, że jej akumulatory energii nigdy się nie wyczerpują.

Oboje zawsze tacy sami w moich oczach. Nie widzę tego, żeby się starzeli, nie widzę by chorowali i mieli problemy, naturalne dla tego wieku. Nie chcę tego widzieć, bo to uświadomiłoby mi, że czas nikogo nie oszczędza i kiedyś może ich zabraknąć. Przed narodzinami Mii, składając każdemu z nich życzenia na urodziny czy święta, miałem w zwyczaju żartobliwie rzucać, by nigdzie się nie wybierali zanim nie poznają swojej przyszłej wnuczki. Teraz mówię, że za kilka lat duża impreza komunijna na horyzoncie, więc niech się szykują. Potem pewnie rzucę, że jeszcze chwile i będzie jeszcze grubsza impreza osiemnastkowa. Wiem jednak, że nie będzie już drugiego domku na drzewie dla moich dzieci, ani częstych, niedzielnych obiadów rozproszonej rodziny.

Właśnie w tym miejscu pojawiają się wyrzuty. Mieszkamy od siebie kawałek. Taki większy kawałek. Odwiedziny są raczej kwestią wyjazdu na cały weekend. Są jednak telefony. Memory, number 5 i wszystko jasne. A jednak… to oni musieli zadzwonić pierwsi, bo w ostatnim czasie mocno umknęło mi to, żeby wykręcić numer i zapytać co tam ciekawego. Czasem wydaje mi się, że rozmawialiśmy niedawno, aż tu nagle Małgosia uświadamia mnie, że to było na początku ubiegłego miesiąca. Czas zapierdala niemiłosiernie. Ciągle pędzimy do przodu, angażujemy się w nowe rzeczy, wyjeżdżamy, od czasu do czasu podróżujemy, bawimy się. Wykorzystujemy ten czas na maksa, a i tak ciągle go mało.

Coraz bardziej dociera do mnie jednak, że innym tego czasu pozostało jeszcze mniej. Im częściej to sobie uświadamiam, tym bardziej czuję się odpowiedzialny za tą dwójkę, która tworzyła moje zajebiste dzieciństwo.

Pamiętajcie o swoich dziadkach. Nawet jeśli już mało ogarniają, mieszkają bardzo daleko, albo są zgryźliwymi cieniami osób, które znaliście, to przypomnijcie sobie, co najbardziej w nich kochaliście. Każdy z was ma przecież swój domek na drzewie. Prawda?

Codziennie widzimy się na Facebooku. Wpadnij do nas i zostań na dłużej.