Słyszeliście kiedyś o The 27 Club? To taka nieformalna nazwa na określenie grupy artystów, którym zmarło się w wieku 27 lat.
Przyczyny śmierci niektórych z nich do dziś pozostają tematem teorii spiskowych rozmaitych treści. Gdyby jednak zerknąć na listę „członków” The 27 Club widać, że obok wypadków drogowych, to alkohol i dragi zakończyły życie młodych artystów.
Po krótkim wprowadzeniu przejdźmy do Biebera. Ile to dziecko ma lat? Trzynaście? Czternaście? Wikipedia mówi, że ponoć dwadzieścia. Wiadomo jednak, jak jest z tym serwisem. Nie wszystkie artykuły zostały jeszcze zweryfikowane. Nie ważne.
Mówi się, że Bieber to artysta. O człowieku, który maluje gównem na ścianie też za jakiś czas pewnie się powie, że „artysta”, ba! Nie ważne x 2.
Zliczenie gangsterskich wyczynów śpiewającego dziecka jest zadaniem o niebo łatwiejszym, niż wymienienie trzech ostatnich, zwycięskich meczów naszej piłkarskiej reprezentacji. Zaglądam sobie od czasu do czasu na portal tmz.com po świeżości. Lubię czytać o kolejnych ekscesach tego cudownego dziecka show biznesu. Kibicuję mu też w zdobywaniu kolejnych szczytów głupoty. Im więcej będzie brał smakowitym używek i antydepresantów popitych alkoholem, tym większa szansa, że stanie się honorowym członkiem The 27 Club.
Zastanawiacie się pewnie dlaczego więc lubię Justina Biebera? A no dlatego, że kiedy moja córka zacznie wyrabiać sobie dziecięce upodobania muzyczne, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że Bieber nie będzie już nagrywał. Tak jak nie nagrywają już Kurt Cobain, Jimi Hendrix czy Amy Winehouse (artyści przez duże A, tak dla jasności). Ewentualnie zostanie deportowany do Kanady. Tam ponoć go nie lubią.
Rzecz w tym, że prędzej pogodziłbym się z faktem, że moja córka wstąpi do pisu czy zdecyduje się porywać statki w Somalii, niż z tym, że pewnego dnia usłyszę w domu Biebera.

