Tak, jest piątkowy wieczór, ale to niczego nie zmienia. Nie siedzę przed monitorem będąc pod wpływem mocniejszych napojów wyskokowych. Wręcz przeciwnie. Wieczór szykuje się wyjątkowo spokojnie i w planie mamy wyjście na seans do kina. Podczas, gdy Małgosia „szykuje się” mnie naszedł temat Minionków. Niedawno oglądaliśmy „Minionki rozrabiają” bajkę, które dostarczyła mi wiele pozytywnych emocji. Myślę sobie – co, gdyby Minionki istniały? A może każdy z nas ma w sobie coś z Minionka?
Kevin, Jerry, Lance, Stuart, Dave – ekipa jak się patrzy, choć nie do końca orientuję się, które z Minionków noszą te imiona. Z taką drużyną można konie kraść (a nawet księżyc), snuć gangsterskie opowieści i zmieniać świat! Aż się dziwie, że nie powstał jeszcze żaden film, serial, pokroju „Teda”, w którym obok hollywoodzkiej gwiazdy występują te żółte stworzonka.

Po przeczytaniu tego wpisu myślisz sobie pewnie, że dużo we mnie dziecka. I masz rację. Dziecięcy pierwiastek jest we mnie ciągle żywy i czasami mocno daje o sobie znać (ku uciesze Małgosi:) ). Jeśli jesteś jednak zdania, że z pewnych rzeczy wyrasta się i w dorosłym życiu pierwiastek dziecka zniknął w Tobie – to dla mnie jesteś nieszczęśliwym człowiekiem.

Czasem, patrząc na moich znajomych – kochających mężów, tatuśków, artystów, mam wrażenie, że kiedy gasną światła budzą się w nich Minionki. Czas spędzony w gronie serdecznych przyjaciół to uśmiech nieschodzący z ust i ogromna dawka pozytywnych emocji.
Udanego wieczoru. Picaduuu!

Screeny z filmu „Minionki rozrabiają” (reż. Pierre Coffin, Chris Renaud)

