Stare przysłowie mówi: przyszła wiosna i trzeba się na mieście w czymś nowym pokazać.
Na pierwszy ogień wiosennej garderoby przyszły buty. Zainspirowany tekstem Mr Vintage Klasyczne sneakersy – jeśli nie New Balance, to… ruszyłem na łowy po nowe, “oryginalne” trzewiki.
Na początek krótka historia skoków narciarskich…
Przygodę z markowymi butami zaczynałem od tanich, sportowych butów Adidas. Po taki symbol luksusu jeździło się do Czech czy Czechosłowacji, jeden grzyb, w czasach gdy wstąpienie do UE było tematem tak odległym, jak podwyżki w służbie zdrowia. Pamiętam, że bardzo przychylne wtedy ustalenia podatkowe pozwalały na prawie natychmiastowy zwrot kwoty podatku po uzyskaniu jakiejś pieczątki na granicy. Tak się wtedy żyło w przygranicznej mieścinie. Zamiast noszenia toreb pełnych fajek i piwska, można było coraz przechodzić granicę w nowych, firmowych butach. Mając 12 lat ciężko było robić jednak za przemytnika. Odrobienie zadania domowego z geometrii było ważniejsze.
Chodziło się w tych markowych butach kilka miesięcy, a potem w kolejnych i kolejnych, a potem przyszła UE i do Czech nie opłacało się już jeździć. Wtedy też nastał czas, gdy za fajensiarskim obuwiem trzeba było zacząć rozglądać się na rodzimym rynku. Cenowo różnie to wychodziło, ale praktycznie zawsze udawało się przyozdobić stopy czymś z przyzwoitej półki. Romansowałem z sportowymi butami spod znaku większości popularnych brandów. Pomijam te, które wstydziłbym się założyć, nawet jeśli przyszłyby w prezencie. Najwięcej kilometrów schodziłem jednak w trampkach PUMA. Takie buciki z pazurem służyły mi najdłużej. W ostatniej nabytej parze przecieram miejskie ścieżki nieprzerwanie od 4 lat.
W tym sezonie zdradziłem jednak markę. Najgorsze jest to, że zrobiłem to bez większego powodu. O tak, po prostu. Rozumiem, gdyby na stopach zaczęły mi wychodzić pęcherze albo z butów zaczął uchodzić bukiet zapachowy rodem z Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Ale nie, nic z tych rzeczy. Kompletny brak skruchy i uczuć. Postawiłem na buty Reebok Classic Rayen. Decyzję zakupową podjąłem w 237 sekund. Zadziwiające jest to, że nie miały na nią wpływu żadne bodźce marketingowe. Kompletnie nie kojarzę ani jednego spotu reklamowego Reeboka, ambasadora brandu czy akcji zorganizowanej przez tą brytyjską markę. Kupiłem bo mi się spodobały. Lekkie, wygodne, na miękkiej podeszwie, już po pierwszym założeniu pasowały jak pantofle na kopciuszka.
Zacząłem przysłowiem to i skończę. Jako że “ładnemu we wszystkim ładnie” na pewno będę doskonale prezentował się na porodówce i wiosennych spacerach z moimi dziewczynami.

