Znacie historię Mojżesza? Tak, to ten co przez 40 lat chodził z ludem po pustyni, przekroczył Morze Czerwone w dość spektakularny sposób, a po drodze dostał jasne i czytelne instrukcje od Szefa, jak dalej prowadzić swoje życie (w zasadzie to jak powinniśmy je wszyscy prowadzić).
Zanim jednak Mojżesz znalazł się na pustyni, zanim nawet jeszcze rozpoczął karierę w Egipcie, został uratowany przed śmiercią z rąk siepaczy króla Egiptu dzięki rejsowi po Nilu. Nie był to jednak zwykły rejs, lecz karkołomna misja. Mojżesz, będąc wówczas bezbronnym bobasem, płynął wezbranymi wodami królowej afrykańskich rzek w wiklinowym koszyku. I na taki właśnie kosz Mojżesza byłem napalony od dłuższego czasu. Plus 30 pkt do zdrowego rozwoju niemowlaka.
W czasach, kiedy jeszcze nie wiedziałem, że będę tatą, ba nawet nie planowałem nim być, kosz Mojżesza przykuwał moją uwagę za każdym razem, podczas odwiedzania targów staroci i garażowych wyprzedaży. Po trochę kojarzył mi się z oldschoolem, a po trochę z gadżetem inteligenckich par z dzieckiem. Suma sumarum obiecałem sobie, że i w naszej kolekcji musi znaleźć się któregoś dnia ten właśnie kosz. Tym bardziej, że stylem pasuje do wiosennych mokasynów i hipsterskiej koszuli w kratę.
Kilka razy miałem go na oku, w całkiem dobrej kondycji i przystępnej cenie. Za tym wiklinowym gadżetem mieliśmy zamiar zacząć rozglądać się dopiero wczesną wiosną, a więc tuż przed przyjściem na świat Robaczka. Ktoś pomyślał o nas jednak wcześniej, obdarowując nas pierwszym w tym sezonie, prezentem świątecznym podarowanym z myślą o naszym dziecku.
Wczoraj, wczesnym popołudniem zapowiedzieliśmy się na małe odwiedziny do Kasi i Jędrzeja, zaprzyjaźnionej pary. W końcu dołączyło do nich tydzień temu maleństwo, córeczka Zosia. Nie mogliśmy przegapić okazji, żeby zapoznać się z nowym członkiem rodziny jeszcze przed świętami. Oprócz aromatycznej kawy i testowania domowych wyrobów o płynnej konsystencji i rozgrzewającym charakterze, otrzymaliśmy mały prezent. W zasadzie to nie taki mały, tylko całkiem przyzwoitych wymiarów, coby dzieciątku było w nim wygodnie. Kosz Mojżesza jak się patrzy! Pełnowymiarowy, o wysokich brzegach i dużej wyporności, doskonały na spacery, drzemkę u babci czy żeglowania po spienionych rzekach (wierzę, w wasz rozsądek, jednak mimo wszystko wyjaśniam – nigdy, ale to przenigdy nie próbujcie inscenizować wydarzeń związanych z Mojżeszem na żadnym dziecku).
Kosz Mojżesza, jak się okazuje obok funkcji nosidełka, może pełnić też rolę łóżeczka w pierwszych miesiącach życia maleństwa. Pamiętać należy o tym, że kosz Mojżesza jest odpowiedni dla dzieci, które nie są w stanie jeszcze same obracać się na bok, pełzać, odpychając się rączkami bądź nóżkami czy samodzielnie siadać. Bezpieczeństwo dziecka najważniejsze.
W zasadzie producent powinien dopisać też informację w jasny i dosadny sposób mówiącą o tym, że kosz Mojżesza nie nadaje się do wodowania. Patrząc na niektórych rodziców i przeglądając internetowe pomysły na spędzanie czasu z dzieckiem, często nabieram zastrzeżeń, co do zdrowych zmysłów niektórych mam i tatuśków.
Kilka słów od Taty

Czołem, jestem Radek. 15 kg temu, w czasach studenckich, jeden z wykładowców powiedział: nigdy nie zadawajcie się z ludźmi bez pasji. Obok takiej mądrości nie można było przejść obojętnie. Dziś wyrazem mojej pasji jest Tata Story – nietuzinkowy blog parentingowy gdzie przeczytasz o emocjach, uczuciach i podróżach okiem Taty dwóch córek.
Codziennie jesteśmy na Facebooku. Koniecznie zajrzyj i zostań z nami na dłużej. Dzięki i do zobaczenia!
P.S. Jeśli się już znamy „piąteczka” za kolejne odwiedziny!

