Mieliśmy niedawno nieplanowaną wizytę w szpitalu. Po jednej, drugiej i trzeciej diagnozie ktoś wpadł w końcu na pomysł żeby jednak udać się z Miaszkiem na izbę przyjęć i tam zasięgnąć opinii co dalej robić. No to pojechali.
Uzbrojeni w anielską cierpliwość dołączyliśmy do podobnych nam rodziców czekających w korytarzu na wywołanie do rejestracji. Po 1,5h oczekiwania zostaliśmy zaproszeni do środka. Przed wizytą u lekarza konieczny był wywiad i kilka kwestii z zakresu papierologii, co by stwierdzić czy faktycznie pracując i odprowadzając podatki oraz składki na ubezpieczenie możemy skorzystać z dobrodziejstw służby zdrowia. Po kilku pytaniach z serii: a dlaczego dziecko nie ma książeczki zdrowia i czy Mia to imię czy nazwisko nastąpiła część praktyczna – badanie pulsu i temperatury.
Dawno nie byłem u lekarza i nie wiedziałem, że technika poszła już tak daleko do przodu, że do zmierzenia temperatury wystarczy poświecić dziecku niebieską lampką w okolicach czoła. Super sprawa. Szkoda tylko, że w tym przypadku w parze z dobrodziejstwami techniki nie szła zwykła, ludzka uprzejmość i odpowiednie podejście do małego pacjenta. Pani pielęgniarka zbytnio nie przejmowała się zestresowanym dzieckiem, które przez ostatnie 1,5h zdezorientowane patrzyło na drzwi, zza których dochodziły krzyki rówieśników. Złapała małą za głowę i jazda tym światełkiem po czole. Droga Pani, nie tędy droga! Lubi Pani jak ktoś znienacka świeci Pani latarką po oczach? To, że dziecko jest małe nie oznacza, że jest głupie. Widzi obcego z jakimś dziwnym przyrządem, nie wie co się dzieje, a Pani oczekuje, że usiedzi spokojnie i cierpliwie zniesie badanie. Ok, rozumiem, że w poczekalni takich dzieci jest jeszcze kilkoro ale apeluję o odrobinę empatii i odpowiednie p o d e j ś c i e.
Po światełku przyszła pora na zmierzenie pulsu. Zakłada się taki mały klips na palec, a na wyświetlaczu po kilku sekundach pojawiają się liczby informujące o tętnie. Tylko, że te kilka sekund dla dziecka to wieczność. Próba utrzymania urządzenia na palcu zdenerwowanego i zdezorientowanego dziecka przypomina próbę utrzymania się przez kowboja na rozdrażnionym byku. Z dzieckiem jest jednak o tyle łatwiej, że wystarczy odpowiednie do niego podejście. Jedno słowo: p o d e j ś c i e.
Droga Pani, jesteś osobą obcą, i nie ważne jak dobre masz intencje to w oczach dziecka musisz zapracować na zaufanie. Tak wiem, nie ma na to czasu bo poczekalnia pełna. Gówno prawda. Powiedz dziecku co będziesz robiła, wyjaśnij, że teraz na paluszek założysz takie a takie urządzenie, że to nie boli, że to tylko chwileczkę. Odwróć uwagę, zagadaj, uśmiechnij się. Gwarantuję Ci, że zamiast 5 nerwowych podejść uda Ci się na 2 – 3 razem. Jedno słowo: p o d e j ś c i e.
Tymczasem po 3 próbach w wykonaniu pielęgniarki przejąłem inicjatywę. Oczywiście Pani wyraźnie zaznaczyła, że jeśli klips upadnie na ziemię i coś się stanie to są to koszta. To akurat mam głęboko w dupie – zapłacę, wezmę na raty, sprzedam nerkę. Komfort psychiczny dziecka jest dla mnie znacznie ważniejszy. Jeśli mam możliwość wpływu na warunki w jakich odbywają się badania, a sytuacja nie jest krytyczna, to zawsze skorzystam z tej możliwości. Zawsze i za każdym razem gdy podejście pracownika służby zdrowia nie będzie różnić się niczym od pracownika farmy, który hurtowo znaczy bydło.
Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Zajrzyj do nas i zostań na dłużej.

