Kiedy chodziłem do podstawówki w skład szanownego grona pedagogicznego wchodził pewien nauczyciel, który nie wylewał za kołnierz. Wielokrotnie widziałem go na mieście, kiedy w skutek stępienia zmysłów przez alkohol, poruszał się śladem żmii bełkocząc coś pod nosem. W swoim wolnym czasie mógł jednak robić co mu się żywnie podobało. Nieraz jednak bywało tak, że kiedy stawiał się na zajęcia lekcyjne, jebało od niego alkoholem jak z gorzelni. Używając języka bardzie wyważonego powiedziałbym, że wielokrotnie jego stan wskazywał na kaca. Pewnego razu, kiedy z kolegami przebieraliśmy się na zajęcia wychowania fizycznego, pedagog wkroczył do szatni. Właściwie to wpadł do niej z prędkością błyskawicy. Jednego z kumpli chwycił za włosy i cisnął w kąt. Kiedy nieśmiało stanąłem w jego obronie znienacka spadł na mnie siarczysty policzek. Facet zamachnął się całkiem dobrze bo przez chwile myślałem, że wyrwało mnie z trampek. Strzelił w twarz i wyparował.

10 minut później, razem z jednym z rodziców, byłem już u Pani dyrektor. Scenariusz rozmowy jak z czeskiego filmu. Najpierw zanegowanie zaistniałej sytuacji i próba zrobienia ze mnie małego kłamcy. Opuchnięta twarz i odcisk dłoni zdawały się jednak przeczyć wersji Pani Dyrektor. Następnie propozycja by zamieść wszystko pod dywan. – Przepraszam, to się nie powtórzy. Porozmawiam z Panem X. Moja mama trzymała jednak mocno swoje stanowisko i nie dała się zbyć tym tanim pierdoleniem. Skończyło się na naganie i wysłaniu nauczyciela na czasowy „urlop”.

Niedawno dowiedzieliśmy się, że nauczycielka w jednej ze szkół w woj. dolnośląskim miała prowadzić zajęcia w oparciu o bardzo radykalne metody. Wśród nich znalazły się groźby czy zaklejanie dzieciom ust taśmą, kiedy te odzywały się niepytane. W tym miejscu, jako rodzic dbający o przyszłość swojego dziecka, powinienem rozpisać się szerzej nad tym co myślę o pedagogu i dołączyć tym samym do społecznego linczu. Nie zrobię tego jednak ponieważ nie chce mi się taplać w tym gównie. Od wyciągnięcia konsekwencji są odpowiednie instytucje.

Pozostawię tylko jedno pytanie: jakim kurwa cudem nikt z grona pedagogicznego nie wiedział o całej sytuacji? To nie jest placówka wielkości uniwersytetu, w której zajęcia prowadzi setka wykładowców, tylko prowincjonalna szkoła podstawowa. Jak, na litość boską, możliwe jest aby pod nosem dyrekcji, pedagoga i reszty kolegów i koleżanek po fachu krzywdzone były dzieci?