Kiedy potykamy się, naturalnym odruchem obronnym jest wystawienie rąk przed siebie aby nie upaść prosto na twarz. Nawet jak nam się ręce połamią, to szybko się zrosną. O zębach nie można powiedzieć niestety tego samego. Jeśli natomiast upadek bierze nas z zaskoczenie np. ktoś kogoś popchnie, autobus / tramwaj ostro zahamuje – łapiemy się wszystkiego co popadnie żeby zachować równowagę. Niektórzy nawet szukają ratunku i punktu podparcia w wózku z dzieckiem.
Słoneczny, czwartkowy poranek. Łapiemy z Miaszkiem pierwszy lepszy tramwaj, zmierzający w kierunku centrum miasta. Zanim wsiądziemy, do pokonania mamy 3 strome schodki. Nie ważne, że nikt nie pomaga. Przecież każdy tato to urodzony bohater i z niejednego pieca chleb jadł. Kiedy jesteśmy już na pokładzie tego reliktu pamiętającego premierę filmu Winnetou: Skarb w Srebrnym Jeziorze, widzę, że miejsce wyznaczone dla „wózkowych” jest już zarezerwowane. Mężczyzna, rasy białej, wzrost ok 180 cm, waga jakieś 120 kg, sprana czapka baseballówka i niechlujnie przerzucony przez ramię plecak, stoi dumnie wyprostowany niczym samiec alfa tramwaju. Pan i Władca na krańcu świata nie reaguje zbytnio, kiedy pytam czy mógłby się nieco przesunąć, abym mógł zaparkować wózek. Wokół wolne miejsca siedzące, ale intelektualista dalej uparcie broni swojej pozycji. Wcisnąłem wózek między niego, a rząd siedzeń, w miejsce z naklejką tak wielką, że widać ją z drugiego końca tramwaju. No to jedziemy.
Na każdym zakręcie i nierówności miota jegomościem szalenie. Raz po raz napiera na wózek swoją posturą, której daleko do sylwetki greckiego atlety. Nie reaguję. Jestem bardzo tolerancyjny i domyślam się, że taką masę trudno utrzymać w pionie, tym bardziej gdy środek ciężkości znajduje się w okolicach kolan. Jedziemy dalej.
W pewnym momencie sytuacja nabiera zawrotnego tempa. On kieruje się do wyjścia, tramwaj nieco mocniej przyhamowuje, jego atakuje siła ciążenia, on nie myśli i…łapie się wózka żeby zachować równowagę. Zaciągnięty hamulec i moje nogi na kołach wózka oszczędzają Mii wystrzelenia jak z katapulty. Pan i Władca nawet się nie ogląda. Otwierają się drzwi i wytacza się z pojazdu.
Ustalmy jedno zanim ktokolwiek podejmie temat „o co wielkie halo?”. To nie był zamach na życie moje ani mojej córki, starannie zaplanowany i wykonany z zimną krwią przez przypadkowego przechodnia. Istnieje jednak pewien rodzaj zachowań, które powinny być tępione rozgrzanym żelazem. Może gdyby facet przyjął do wiadomości, że a) miejsce, w którym się znajdował przeznaczone było dla innego typu podróżujących b) wolne miejsce siedzące jest wygodniejsze niż stanie w ścisku, nie musiałby ratować się wózkiem przed upadkiem? Co za średniowieczna logika. Mógł się złapać rurki w tramwaju w co najmniej 75 miejscach albo młodzieży stojącej obok. Postawił na wózek.
Nie mam w zwyczaju tak drastycznie oceniać ludzi ani podejmowanych przez nich decyzji. Przed złapaniem za wózek mógł chociaż zapytać.

