Niedzielne popołudnie. Odpoczywam ratując świat w coś tam na Play Station. Nagle słyszę delikatny głos mojej małżonki, która prosi abym skoczył do supermarketu po małe zakupu bo zabrakło kilku produktów w domu. W jednej chwili poczułem się jakby zapadł na mnie wyrok śmierci. Do marketu, w niedzielę przed Świętami Bożego Narodzenia? Samobójstwo! W tym okresie z ludzi wychodzą najbardziej pierwotne instynkty, a przebywanie z nimi na tak małym obszarze jest bardzo karkołomnym przedsięwzięciem.
Czego jednak człowiek nie robi z miłości. Leniwie zacząłem się ubierać, mając nadzieję, że Gosia zmieni zdanie i zamówimy coś z dowozem na obiad. Na próżno wierzyłem. Ubrany w stare jeansy, ponaciągany sweter i zeszłosezonową kurtkę ruszyłem ku przeznaczeniu. Jak zedrą ze mnie, nie będzie szkoda – pomyślałem.
Niezauważony przez nikogo zaparkowałem samochód w jedynym wolnym miejscu, czyli jakieś 200 metrów od markietu. Pewnym krokiem, aczkolwiek z głową opuszczoną nisko co by nie rzucać się w oczy, wkroczyłem do obiektu. Przekraczając bramki czułem się jakbym zmierzał ku wrotom piekieł. W miejscu gdzie kiedyś stały wózki i koszyki widać było tylko porozrzucane gazetki, a na posterunku nie było ochroniarza…
Nawet nie próbowałem stawiać oporu, kiedy zostałem porwany przez falę zakupowiczów przelewającą się z mięsnego na artykuły chemiczne. Gdy nieco zwolnili udało mi się odbić do alejki z sosami i przyprawami. Czułem się jak Harrison Ford w Ściganym. Przede mną do odwiedzenia były jeszcze regały z kawą i herbatą oraz szczyt niemożliwości – alejka ze słodyczami. Mając już sos pomidorowy w ręce pozwoliłem trochę opaść emocjom. Uspokoiłem rytm serca i wyrównałem oddech. W takich sytuacja wszystkie techniki przetrwania wyniesione z zuchów okazały się zbawienne. Survival w prawdziwym wydaniu.
Z kawą poszło łatwiej niż myślałem. Ucierpiało tylko obuwie po tym jak przeurocza 40. przejechała po nim wózkiem załadowanym do granic możliwości. W ostatniej chwili zdążyłem jednak uskoczyć. Inaczej nie skończyłoby się tylko na stopie. Na szczęście znalazłem jeszcze kawę na półce.
Ostatnim zadaniem było dotarcie do półki z czekoladą. Mission Impossible 9. Wykorzystałem zamieszanie jakie zrobiło się wokół pomarańczy rzuconych w promocyjnej cenie i przemknąłem do alejki z łakociami. Widok, który zastałem, przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Byłem gotowy na wszystko ale nie na krajobraz jak po zrzuceniu bomby atomowej. Nie było już czekolady w świątecznej cenie 2,99! Szok, dramat, tragedia. Jak ja się teraz pokaże w domu – pomyślałem?
Pokonany, poobijany i upokorzony skierowałem się do kas. Było mi już wszystko jedno. Nie zważałem na ludzi, którzy jeździli mi wózkami po stopach, ani na starsze panie wzrostu 150, które sięgały na tyle wysoko żeby co raz wbijać mi łokcie w żebra. Ustawiłem się pokornie w kolejce. Przede mną jakieś 139 osób. No nic, zawsze mogło być gorzej. Czara goryczy przelała się jednak gdy pewna pani, o dość bezczelnym wyrazie twarzy, powiedziała: Pan tu nie stał! Ludzie on tu nie stał!
Poddałem się.
Dlaczego zawsze w okresie przedświątecznym w ludziach budzą się najbardziej pierwotne instynkty? Zapasy robimy jak na wojnę, bijemy się o półżywego karpia tylko dlatego, że dziś kosztuje o 0,99 gr taniej niż rok temu, a chamstwo i grubiaństwo stają się przewodnikiem podczas zakupów markiecie? Mam wrażenie, że w takich chwilach ludzie zostawiają mózgi w samochodach na parkingu. Mózg spowalnia zakupy. Proste.

