Oferta dla snobów czy nieunikniona konieczność? O czym jest ten wpis? O przedszkolach i żłobkach. Tych niepublicznych przede wszystkim. Ale nie takich zwyczajnych, a o tych, które w swoich nazwach dumnie prezentują profil, w duchu którego prowadzona jest dana placówka. W promieniu 500 metrów od domu mogę wymienić takie jak: przedszkole sportowe, językowe, technologiczne, taneczne i steinerowskie. Czas na zadanie sobie fundamentalnego pytania: What the fuck!? Czy w dużym mieście nie można już wysłać dziecka do normalnego żłobka / przedszkola? Bez tych wszystkich udziwnień i nadmuchanej do granic absurdu oferty programowej.

Żeby było jasne – nie chcę patrzyć na to przez pryzmat „moich czasów”.  Wtedy do zabawy rzucili nam drewniane klocki i pacynki, a plastelina była rarytasem dostępnym przy okazji zbliżających się świąt. Ale rzecz w tym, że takie przedszkola nas ukształtowały. Państwowe przedszkola – przekładając na język współczesny – o profilu „ogólnym”, które od dziesięcioleci wychowują dzieciaki. I co ciekawe nie wypuszczają spod swoich skrzydeł życiowych kalek, nieudaczników czy elementy socjopatyczne. Bynajmniej nie w hurtowych ilościach. Zagadką cywilizacji pozostają więc dla mnie prywatne przedszkola i żłobki o najróżniejszych profilach, wyrastające jak grzyby po deszczu. Dlaczego placówki niepubliczne nie chcą być po prostu „ogólne”, bez zbędnych udziwnień w ofercie?

Nie przemawia do mnie retoryka stworzona na potrzeby obrony tych wszystkich udziwnionych ofert. Gadka promująca konieczność szybszego wyrobienia w dziecku zmysłu rywalizacji, ponad przeciętnej kreatywności czy uaktywnienia nieużywanych części mózgu szybciej niż stanie się to u dzieciaka sąsiadów jest kiepska. Wiem natomiast, że jako rodzice jesteśmy niesamowicie aktywną grupą konsumentów i staramy się zapewnić dziecku wszystko co najlepsze. A na pewno na nim nie oszczędzamy. W temacie dziwnych ofert prywatnych przedszkoli i żłobków widzę sztucznie kreowany popyt. Za niedługo będziemy licytować się ze znajomymi nie o to, do jakiej szkoły średniej idzie nasze dziecko, a o to jaki profil reprezentuje jego przedszkole czy żłobek.

Poniżej krótkie zestawieni popularnych profili niepublicznych placówek typu przedszkole / żłobek, które kuszą ofertą rodziców. Sami wybierzcie najlepszą ofertę dla swojej pociechy.

Przedszkole steinerowskie – niemiecka myśl wychowawcza nie przemawia do mnie w żaden sposób. Nawet jeśli jej prekursor zostałby okrzyknięty geniuszem wszech czasów, a metoda uznana za jedyną słuszną drogę rozwoju dziecka, postawiłbym na edukację w domu.

W duchu Montesorri – przeczytałem chyba wszystko co możliwe o metodzie opracowanej przez Marię Montesorri (wszystko co wyskoczyło na pierwszej stronie Google of kors). Za dużo w tym ideologicznej otoczki. Pojęcia predyspozycji moralnych do miłości, prawa do wolności i twórcza energia w kontekście 2 – 3 latka robią mi sieczkę z mózgu.

Przedszkola wyznaniowe – jak Boga kocham, dziękuję!

Przedszkole językowe – nie kupujcie tych bzdur o wpajaniu wartości kosmopolitycznych, poznawania kultur innych narodów i uczenie się tolerancji przez placówki prowadzone w duchu nauki języków obcych. Wiem, że umysł dziecka jest jak gąbka i chłonie nowe rzeczy z zadziwiającą łatwością. Mam wielu znajomych, których dzieci uczęszczały do angielskich przedszkoli, a później szkół i wychodzi z tego mały zonk. O ile ich angielski jest faktycznie zajebisty, to mimo posługiwania się w domu językiem polskim dzieciaki mają z językiem ojczystym pewne trudności. Inicjatywa przedszkoli językowych jest ciekawa, ale tylko jeśli zakres nauki języka obcego nie sprowadza języka ojczystego do roli drugorzędnej.

Przedszkole sportowe – najlepiej ze specjalizacją „rwanie sztangi” albo „rzut kulą”. Kolejny sposób na wyrwanie naszemu dziecku kawałka dzieciństwa. W okolicy mam przedszkole tenisowe. Nie mam pojęcia czego uczą się tam dzieciaki, dla których utrzymanie rakiety tenisowej stanowi nie lada wyzwanie.

Jestem za to wielkim fanem przedszkoli integracyjnych. Moje przekonanie o słuszności posyłania dzieci do takich placówek nie wynika stricte z zakorzenionego poczucia tolerancji pod wieloma kątami. Nie uważam również, że celem uczęszczania do takich przedszkoli jest wyczulenie dzieci na różnego rodzaju inność czy odmienność ich rówieśników. Jestem natomiast zdania, że w żaden sposób nie powinniśmy dzielić dzieci na lepsze i gorsze, na pełno sprawne i te, które mają mniej szczęścia. Na poziomie przedszkolnym dzieci nie widzą między sobą różnic. Nie ma grubych, brzydkich, czarnych czy żółtych. Dzieci mają to generalnie w dupie.

Zdjęcie: Flickr.com, Matt Eriksson, CC BY 2.0