Rzeczy, które powinien zrobić prawdziwy facet znamy doskonale. Spłodzić syna, wybudować dom i posadzić drzewo. To taka wersja podstawowa męskich dokonań. Z tej stereotypowej monotonii wyrwać może nas towarzyszenie partnerce przy porodzie. Nie ma sensu pisać o jakimś uczestniczeniu czy wspólnym przeżywaniu chwili narodzin potomka – całą robotę odwala kobieta, facet ma po prostu przy niej być. Myślę jednak, że ta męska bierność wymaga od niego co najmniej “posiadania jaj”, a już na pewno dojrzałości emocjonalnej.
Przejrzałem zasoby internetu, rozmawiałem z bardziej doświadczonymi tatuśkami, pytałem o przeżycia i doświadczenia wyniesione z sali porodowej. Spośród opowieści rodem ze średniowiecznych legend czy filmów sci – fi, jedno słowo przewijało się niczym mantra. Trauma.
Mrożące krew w żyłach opowieści podawane dalej przez kolejnych ojców. Historie, które nie pozwalały im zasnąć przez kolejnych kilka miesięcy po porodzie. Przeżycia, które zamiast wzmocnić, na jakiś czas osłabiły więzi między partnerami. Jednym słowem – nie ma lekko, a wręcz – jest kurewsko ciężko. Pojawia się więc pytanie – czy aby na pewno facet powinien być przy partnerce podczas porodu?
Mam wrażenie, że to takie “modne” móc powiedzieć, że było się na porodówce. Faceci ulegają presji rodziny, znajomych, księdza czy terapeutki – trzeba być przy porodzie i tyle. A jak cię nie ma to jesteś znieczulica, bydlak i egoista. Nie ma jednak co ukrywać, że wolałbym zostać w domu, zamiast siedzieć w szpitalu i patrzeć jak się żona męczy. Dokończyć sezon rozgrywek piłkarskich w FIFA, oglądnąć jakiś film, jeden, dwa czy dziesięć i zaczekać na telefon ze szpitala – żona urodziła, proszę przyjechać i odebrać rezydentkę z dzieckiem. Bombastycznie! Gdyby taka opcja była dozwolona to pewnie spałbym spokojnie od początku ciąży, nigdy nie założył bloga, w dupie miał szkołę rodzenia, a każdą rozmowę o obawach i niepewności mojej żony, kwitowałbym sakramentalnym – kochanie, daj se spokój, urodzisz i tyle.
Rzecz w tym, że jak powiedziałeś A, miej świadomość, że możesz zostać poproszony o dokończenie zdania i towarzyszenie partnerce przy porodzie. Nikt ci nie każe przecież obserwować porodu z perspektywy położnej czy lekarza przyjmującego dziecko. Awersja na seks przyjdzie, jak dobijecie do 80 lat. Nie ma co zaprzątać sobie tym głowy. Swoją drogą, jeśli to twoje jedyne zmartwienie i argument mówiący NIE porodowi rodzinnemu, to rzec muszę, że całkiem nietuzinkowy z ciebie egoista.
Cały sęk tkwi w poziomie dojrzałości emocjonalnej, na jaki udało ci się wzbić. Trwanie przy partnerce podczas porodu, powinno wynikać z poczucia odpowiedzialności, która wyrobiła się w tobie w trakcie trwania związku czy ciąży. Macie całe 9 miesięcy żeby się do tego przygotować. Rozmawiajcie, poruszajcie kwestie wzajemnych oczekiwań, zadecydujcie, jak powinna wyglądać twoja, drogi PANIE, rola, kiedy przyjdzie do rodzenia. Jeśli partnerka oczekuje od ciebie, że umyjesz i odkurzysz samochód by był błyszczący na drogę do szpitala, dopilnujesz by był zatankowany i szybko dowieziesz ją na porodówkę – let it be. Pozwól jej rodzić, jeśli takie ma życzenie, w towarzystwie mamy, siostry czy najlepszej przyjaciółki. I nie użalaj się nad sobą, że partnerka cię nie kocha czy nie potrzebuje. Zrozum powagę sytuacji, a przede wszystkim jej intymność.
Może się zdarzyć, że nie wyobrażacie sobie innego porodu niż rodzinny. I nie mówię tu o wujkach, ciotkach i kuzynkach wyglądających zza pleców lekarza. Ty i partnerka. Od początku do końca.
Jeśli natomiast partnerka nalega byś był przy niej w tej ciężkiej chwili i oczekuje twojego pełnego wsparcia oraz zaangażowania, a ty mimo wszystko wolisz czekać w domu, oglądając kolejny odcinek M jak Miłość czy ratując świat w komputerowych grach – wyłożę ci to w prosty sposób.
Tytułem zakończenie. Bliski znajomy powiedział mi, że prawdopodobnie żaden narkotyk nie dostarcza takich doznań, jak godziny spędzone z partnerką na porodówce oraz sama akcja porodowa. Spróbuję. Bo kocham moje dziewczyny.


