Pamiętacie jak blisko rok temu, mniej więcej o tej porze, napisałem o pewnej przypadłości, która wyłączyła mnie z pełnosprawnego funkcjonowania w społeczeństwie na jakieś 2 tygodnie? (czyt. tutaj). „Coś” pierdolnęło mi wtedy w plecach na tyle skutecznie, że jedyne na co mogłem sobie pozwolić, to leżenie w bezruchu przy wsparciu kilograma prochów. Zero zbędnego przemieszczania się, żadnych gwałtownych ruchów i wstrzymanie się od zabaw z dzieckiem. Leżałem, rozmyślałem i robiłem rachunek sumienie. A Wam powiedziałem, że muszę czekać aż to „coś” samo się naprawi. Musicie wiedzieć, że doskonale wiem co mi się wtedy przytrafiło. Wszystko zaczęło się 15 lat temu…

Byłem młody, narwany, a gromadzący się w dojrzewającym ciele testosteron szukał okazji do wydostania się. Tak się złożyło, że wujcio kolekcjonował asortyment do domowej siłowni. Każda sztanga, gryf czy ławeczka od razu po zakupie były testowane. Brak podstawowej wiedzy o rozgrzewce przed treningiem czy rozciąganiu się po jego zakończeniu, nie przeszkadzał nam w podnoszeniu kolejnych ciężarów. Do momentu, w którym jako nastolatek z nieśmiało wystającym spod nosa pierwszym wąsikiem, chciałem udowodnić światu jaki ze mnie kozak. Załadowaliśmy sztangę wszystkim co było pod ręką i przystąpiłem do pierwszego podniesienia (chyba nie muszę zaznaczać, że bez żadnej rozgrzewki). Śmiechu było co niemiara, kiedy przygnieciony gryfem miotałem się jak szczur w pułapce, próbując zrzucić z siebie balast. Żarty skończyły się następnego dnia.

Zaczęło się od rwącego bólu w prawej nodze, który rozchodził się od części lędźwiowej kręgosłupa aż do dużego palca u stopy. Ból, który nie pozwalał spać, usiedzieć na dupie, czy stać w miejscu dłużej niż 5 minut. W dalszej fazie prawa noga zaczęła odmawiać posłuszeństwa. Jakbym stracił moc. Nie mogłem nawet kopnąć piłki. Na dalszym etapie miałem trudności z pewnym postawieniem stopy na ziemi. Noga „uciekała” mi podczas chodzenia. Diagnoza: dyskopatia, która w ocenie pierwszego neurochirurga z miejsca kwalifikowała się na leczenie operacyjne. Najszybciej jak to możliwe. I wiecie jaki wtedy byłem kozak? Stałem pod szpitalem i płakałem jak dzieciak. Nie jak 15 latek. Ryczałem jak małe dziecko, nie mogąc złapać oddechu. Wiedziałem, jakie są konsekwencje operacji. Podobny przypadek miał miejsce w moim najbliższym otoczeniu. Co chwilę wyrzucałem z siebie, że nie pójdę na żadną operację. Tak kurewsko się bałem.

Zamiast oddania się pod nóż, rozpoczęliśmy poszukiwania takiego lekarza, którego diagnoza byłaby dla mnie do zaakceptowania. Opole, Katowice, Warszawa, Białystok. Szpitale, poradnie, prywatne gabinety. Operacja, uziemienie na kilka tygodni, operacja, uziemienie na kilka tygodni, a potem i tak operacja. Zakres rozwiązań zdawał się być ograniczony, a zakończenie tej historii jedno. W końcu jednak się udało. Znaleźliśmy specjalistę, który wyprowadził mnie na prostą. Silne leki, rehabilitacja, szereg zabiegów, masaży, dieta… Cały proces trwał blisko 2 lata. W tym czasie zakodowałem sobie do tego głupiego, młodzieńczego mózgu, że w pewnym stopniu zostałem już „uszkodzony” i już zawsze będę musiał na siebie uważać. Udawało się przez wiele lat. Zero problemów, bólu, dyskomfortu. Czułem się wyśmienicie. W pewnym momencie było mi nawet tak dobrze, że zapomniałem o tym wszystkim i oddałem się nawykom, których konsekwencje, jak się później okazało, były bezlitosne dla kręgosłupa. Fast foody, tony słodyczy, alko, siedzący tryb życia.

Rok temu temat powrócił. To „coś”, co pierdolnęło, było mi znajome od 15 lat. Jak myślisz, co sobie wtedy pomyślałem? Opole, Katowice, Warszawa, Białystok…I wiesz co? W środku nocy płakałem jak dziecko. Tym razem jednak jeszcze mocniej niż wtedy, po pierwszej wizycie u neurochirurga. Miałem zdecydowanie więcej do stracenia niż nastolatek z tamtych czasów. Rodzina, obowiązki, praca. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by zawieść najbliższych. Nie w takim momencie.

Nie musiałem jednak szukać specjalisty, który powiedziałby mi coś na dodanie otuchy. Sprawa była wyjątkowo prosta: byłem tak gruby, że mój kręgosłup już tego nie ogarnął. Odpuścił, poddał się i wyrzucił do ciała ogromną dawkę bólu. W sumie nie dziwie się mu…

Jeśli chce Pan jeszcze kiedykolwiek podnosić dziecko na ręce, niech Pan się ogarnie
– powiedziała Pani doktor podczas pierwszej wizyty. To wystarczyło.

Temat samego procesu „ogarniania się” zasługuje na osobny wpis. Dziś, po blisko roku od tamtego wydarzenia, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że dałem radę temu grubasowi. Ze 106 kg spadłem do 92 kg, a obwód pasa zmniejszył mi się ze 104 cm na 92 cm. Wiesz co na to kręgosłup? Wyluzował. Dał mi chwilę wytchnienia i pozwolił cieszyć się codziennymi przyjemnościami, zabawą, obowiązkami i pracą. Wiem jednak, że ten skurwiel nie śpi i jeśli znowu się zapomnę, to grubas powróci.

Cieszę się, że Wam o tym powiedziałem. Buźka.

 

Komentujemy

Komentarze