Dawno, dawno temu, w świecie bez komputerów i Internetu, bez smartphonów i telewizji na żądanie, dzieci spędzały 90% swojego wolnego czasu na zewnątrz, poza domem. Nie ważne czy było to lato czy zima – ściągnięcie dziecka przez rodziców do domu na obiad często graniczyło z cudem. Wychodziliśmy wcześnie i wracaliśmy późno. Byliśmy dziećmi. I jako dzieci korzystaliśmy z dzieciństwa pełna parą. Często uskuteczniając zabawy, które z perspektywy czasu i pozycji rodzica napawają mnie trwogą,

Podrzucam zestawienie najgłupszych zabaw z mojego dzieciństwo. Zestawienie ująłem jako TOP 5. Jestem jednak przekonany, że z łatwością mógłbym zrobić z niego TOP 50… Myślę, że z czasem będę dopisywał kolejne. 

Tymczasem, zabawy o których przeczytasz poniżej to:

  • Strzelanie z jarzębiny

  • Odpalanie petard

  • Końskie zaloty

  • Eskapady na szabry

  • Kamienie w śniegu

Strzelanie z jarzębiny

Ktoś, kiedyś, dorwał jakiś stary namiot ogrodowy, powyciągał z niego plastikowe rurki i odkrył, że mogą posłużyć jako broń do miotania jarzębiną. Mechanizm działania tego iście morderczego gadżetu był wyjątkowo prosty. Dzieciak nabierał do buzi jarzębinę, przykładał do ust rurkę, mierzył, nabierał głęboko powietrza i z całych sił wdmuchiwał jarzębinową kulkę do rury. Zasięg nie był jakiś porażający ale oberwanie z takiej rurki w szyję, gołe nogi albo odkrytą klatę nie należało do najprzyjemniejszych.

To jednak nie jest najbardziej hardcorowa część. W trakcie zabawy mieliśmy kilka przypadków gdy ktoś nabierając powietrze połknął jednocześnie jarzębinę i prawie trzeba go było reanimować. Mądrzejsi o to nieprzyjemne doświadczenie zamieniliśmy rurki na główki od plastikowych butelek i gumowe rękawiczki. Brzmi nieprawdopodobnie? No to czytaj dalej.

Tak więc z plastikowej butelki odcinało się główkę, a na nią naciągało obcięty palec od gumowej rękawiczki. Palec okręcało się wokół główki gumką z rękawiczki. Tą, która ściągała rękawiczkę na nadgarstku. Głównymi zaletami takiego miotacza były jego małe gabaryty (zamiast nosić z sobą rurkę można było sprytnie ukryć główkę od butelki w kieszeni), zasięg (zdecydowanie większy niż w przypadku rurki. Powiedziałbym, że przy dobrej rękawiczce, mocnym naciągnięciu i z wiatrem, taka jarzębina leciała nawet kilkadziesiąt metrów) i w końcu siła uderzenia. O matko z córką jak to bolało! Siniak pojawiał się sekundę po uderzeniu.

Minusem miotacza była konieczność pojedynczego ładowania amunicji. Nie przeszkadzało nam to jednak toczyć regularne walki między sobą czy z ukrycia strzelać w ludzi idących w niedzielę do kościoła. Ale największym hardcorem był moment, kiedy ukryci w krzakach wyczekiwaliśmy na przejeżdżające leniwie samochody żeby otworzyć w ich kierunku prawdziwą jarzębinową salwę.

Odpalanie petard

Nie przypominam sobie żeby jakikolwiek sprzedawca miał jakieś obiekcje kiedy ktoś z nas, podlotków, przychodził na stragan pod kościołem albo w czasie trwania imprez masowych na miejskim stadionie, chciał kupić petardy. Zawsze były na wyciągnięcie ręki. I kogo by nie spytać zawsze ktoś miał w domu kilka sztuk żeby się rozerwać. Petardy wrzucaliśmy chyba wszędzie i do wszystkiego. Największy huk był przy odpaleniu petardy na klatce schodowej w bloku. Całkiem niezły efekt można było uzyskać pchając odpowiednia ilość do rury wydechowej samochodu. Nasi starsi koledzy z kolei wymyślili sobie żart, w którym wtykali taką małą petardę do papierosów i częstowali nimi ochoczo innych. Niejeden delikwent się zdziwił. Aha, wiecie co jest najlepsze? Że nigdy, ale to przenigdy, nikomu nic złego się nie stało. Żadnych poparzeń, urwanych palców czy innych strat na ciele.

Końskie zaloty

Ogólnie rzecz ujmując to lubiliśmy dziewczyny. Tylko nie za bardzo mieliśmy pomysł jak im to powiedzieć. Najprostszym sposobem zwrócenia na siebie uwagi było wkurzenie ich tak, żeby ganiały za nami po całym osiedlu. Czasem wystarczyło szarpnąć za włosy, albo rzucić kilka głupich słów w kierunku koleżanki. Często jednak sięgaliśmy po dość okrutne metody. Jedną z nich było wrzucanie rzepy dziewczynom we włosy. Ponoć ciężko było to rozczesać. Do innego mrocznego procederu zaliczyć trzeba również wrzucanie rozgniecionych owoców dzikiej róży za koszulki, a zimą tzw. “nacieranie śniegiem”. Zarówno dzika róża jak i śnieg miały zastosowanie w ilościach hurtowych. Ale tego chyba nie musiałem dodawać.

Eskapady na szabry

Regularnie, letnią porą, robiliśmy wypady na ogródki działkowe w poszukiwaniu dojrzewających smakołyków. Jabłka, czereśnie, truskawki. Słowem – darmowa wyżerka. Kradliśmy owoce nie dlatego, że któremuś z dzieciaków brakowało ich w domu. Nic z tych rzeczy. Ba! Rodzice albo dziadkowie większości z nas mieli swoje uprawy skąd często zaopatrywane były domowe stoły. Ale w tym wszystkich chodziła raczej o emocje, planowanie, skradanie się, ucieczki i adrenalinę. Choć nigdy nie było to celem wypadu, to często bezmyślnie niszczyliśmy jakieś drzewko czy krzaki zrywając owoce jak opętani. Pamiętam, że kiedyś na takiej eskapadzie, utknąłem na siatce podczas próby forsowania płotu. Na moje nieszczęście obok przechodził sąsiada z bloku. Chyba nigdy wcześniej obca osoba tak mnie nie opierdoliła jak ten facet.

Kamienie w śniegu

Urządzałyście kiedyś bitwy na śnieżki? My również. Tyle tylko, że kilka razy udało nam się wpaść na pomysł by w kulkę śniegu wkomponować również kamienie. Jeśli ktoś zastanawiałby się nad tym, czy istnieją granice dziecięcej wyobraźni to jest to jeden z dowodów na to, że nie. Sky is the limit. A w zasadzie stupidity is the limit. W założeniu kamień w środku miał zwiększyć siłę rażenia kulki. W praktyce natomiast śnieżki, które lepiliśmy, często były wypolerowane do granic możliwości i twardością zbliżone do skały. Po co zatem kamienie w środku? Sam się zastanawiam. Fakt faktem, że taka broń budziła trwogę.

Analizując powyższe zestawienie i cofając się pamięcią do lat dziecięcych myślę sobie, że całkiem niezła zgraja socjopatów z nas była. Ale kiedy patrzę na to, gdzie dziś jesteśmy i jakimi jesteśmy ludźmi, utwierdzam się w przekonaniu, że w tym co robiliśmy nie było nic dziwnego. Byliśmy dziećmi. I jako dzieci korzystaliśmy z naszego dzieciństwa pełną parą.

Idę o zakład, że wśród Twoich zabaw na pewno znajdą się podobne głupoty. To co, masz coś, co pobije moje TOP 5? 

Komentujemy

Komentarze