Wpis, który kończy na dobre kategorię 40 TYGODNI. To od niej wszystko się zaczęło. Zatem… W szpitalu było fajnie, a jak! Spędziliśmy tam w sumie 4 dni więc warto napisać coś więcej na ten temat. Po tygodniu od urodzin Miaszka, kiedy już ochłonęliśmy z emocji, możemy spojrzeć wstecz i przeanalizować nasz pobyt na oddziale położniczym.

Personel

Sztab pielęgniarek i lekarzy prezentował się niczym załoga lotniskowca USS Ronald Reagan. Uniformy w kolorze tęczy nie pozwalały stwierdzić kto tak na prawdę rządził na oddziale. Cały czas ktoś się przewijał, robił badania, podłączał aparaturę, zadawał pytania. Nie mieliśmy pojęcia czy to lekarz prowadzący, oddziałowa czy zwykła praktykantka, które przygotowywała się na naszym przypadku do egzaminu. Analizując pracę szpitalnego zespołu przekonaliśmy się, że szpital położony jest w innej strefie czasowej. Zero pośpiechu, wszystko na spokojnie, nigdzie się przecież nie pali. Rozwarcie na 10 palców? Proszę się przejść, jeszcze jest czas na rodzenie… Środki przeciwbólowe? Już przynoszę – patrz 45 minut czekania. Hasłami przewodnimi naszej wizyty były: „to już prawie prawie”, „główka jest już nisko” i „zaraz pani urodzi”. I tak przez 20 godzin. Największe zaangażowanie wykazał jednak lekarz prowadzący. Obliczyliśmy, że odbierał poród po co najmniej 24h zmianie. Szacunek, że tak sprawnie się uwinął.

Jedzonko

Olbrzymie zapasy chleba tostowego i dżemu w dwóch smakach, czyniły szpital twierdzą nie do zdobycia, przygotowaną do 10 letniego oblężenia. Jeśli kiedykolwiek w sklepie nie będę mógł znaleźć dżemu albo chleba tostowego będę wiedział, że szpital wykupił całość. To w kwestii śniadania. Kiedy krzyczeli SANDŁICZE! wygłodniały pacjent wyobrażał sobie kromala z szyneczką, serkiem, sałateczką i pomidorkiem. A tu jak mokrą ścierką w twarz – tost z dżemerem. Produkt dostępny nawet o 4 nad ranem. Ogólną ocenę posiłków ratują jednak obiad i kolacja. Pierwszy serwowany o codzienie 12.00, drugi o 17.00. Do wyboru 2 z 5 ciepłych dań. Wśród nich: zapiekany ziemniak z fasolką i serem, smażona ryba, frytki, zapiekanka ziemniaczana, kremowe ziemniaczki z warzywami, chili con carne, omlet z szynką i pieczarkami, zapiekanka cebulowa. Do tego deser – sok pomarańczowy, lody, galaretka, ewentualnie kawałek babeczki z ciepłym budyniem lub eklerek. Kolacja to niestety powtórka z obiadu. W szpitalu żywią pacjenta i rodzinę. Skoro przyjmuje się, że stawka żywieniowa w szpitalach jest blisko o połowę mniejsza niż w więzieniach – pensjonariusze zakładów karnych nie mogą mieć moralnych podstaw do narzekania.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Warunki bytowe

Czyli krótko o salach i pomieszczeniach, przez które się przewineliśmy. W każdym pokoju dostępny był prysznic, telewizja za darmoszkę i wielkie, kolorowe piłki fitness do relaksowania się. Prawie jak w siedzibie Google. Czysto, schludnie, bardzo komfortowa. Prywatność zapewniały regulowane zasłony, które szczelnie odgradzały łóżka oczekujących matek. Sama sala porodowa wyposażona doskonale. Aparatura medyczna jak z serialu Chirurdzy, a sprzęcior niczym z ośrodka szkoleniowego NASA. I tylko jedna osoba do obsługi wszystkiego 😉

Sala poporodowa, w której spędziliśmy 3 dni również niczego sobie. Regulowane na wszelkie sposoby i możliwości łoże małżeńskie, łóżeczko dla Robaczka, telewizor, prysznic pod nosem. Żałuję, że nie poprosiliśmy o przeniesienie do pokoju rodzinnego. W tym całym zamieszaniu i podekscytowaniu straciliśmy możliwość skorzystania z prywatnego jacuzzi i jeszcze większej ilości kanałów telewizyjnych. Nic straconego, odkujemy się następnym razem.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Ciężko mi pisać o minusach bo pachniałoby to nowo bogactwem.  Warunki, w których spędziliśmy czas oczekiwania i rekonwalescencji po porodzie były na prawdę zadowalające. Jedyne do czego mogę się doczepić to brak pizzy w menu i mała liczba urodziwych pielęgniarek.

Reasumując: nic tylko rodzić!

Komentujemy

Komentarze