To pierwszy wpis podsumowujący wakacyjny wyjazd na Kretę z małym dzieckiem. Zaczynamy od relacji z dnia, w którym rozpoczęliśmy podróż samochodem przez zachodnią część wyspy. Na końcu przygotowałem dla Was galerię obszerną jak nigdy. Jeśli spodoba Wam się wpis – lajkujcie śmiało. A jeśli byliście już na Krecie podrzućcie w komentarzach jakieś swoje zdjęcia. Enjoy!

W końcu! Mamy samochód. Taki wakacyjny, bo Opel odpoczywa w domu. Sprawdzony, wypożyczony i ogień na Seitan Limania Beach (na wyspie mówią na nią również Stefanou Beach). Zaliczana do najpiękniejszych plaży na Krecie, ukryta na północnym wschodzie półwyspu Akrotiri, przyciąga jak magnes. Zanim jednak o tym, dla kogo będzie to niezapomniana wycieczka, a kto będzie miał ciepło na samą myśl o zejściu w stronę plaży, krótka historia z trasy.

No i mamy ten samochód. Czuję się w nim jak gladiator w rydwanie – taki wczesny Russell Crowe. Gotowy jestem, by przecinać porośnięte gajami oliwnymi bezdroża. No i mamy ten samochód. I tak mkniemy pokonując niekończące się zakręty i górskie serpentyny. No i mamy ten samochód. W czasie jazdy zaczynają nam towarzyszyć biegnące poboczem kozy, tworzące krajobraz niczym stado mustangów galopujących pustynią w Arizonie. Fortuna nam sprzyja! Na skrzyżowaniach mamy same zielone światła, a kierowcy pozwalają się wyprzedzać. No i mamy ten samochód. Idylla trwa. No i kończy się benzyna…

Dojeżdżamy do najbardziej wymagającego odcinka trasy do Seitan Limania Beach – miejsca, w którym zaczynają się mega serpentyny. Serce zaczyna mocniej bić, ręce pocą się, a oddech przyspiesza (jeśli boisz się dużych ekspozycji na trasie, ostrych zakrętów i stromych, długich zjazdów/podjazdów, to w tym miejscu zastanów się czy chcesz jechać dalej. I nie ma tu za grosz przesadyzmu. Czujesz się niepewnie – odpuść). No tak i to serce bije, oddech, ręce i do tego wywala kontrolkę z benzyną. Wskaźnik już podryguje w okolicach literki E (zgaduję, że to od słowa “empty”). Biję się z myślami. Zjechać pewnie zjadę. Gorzej z powrotem. Bestia swoje wypije na stromych podjazdach. Wstyd jeszcze przetrawię, jak się auto zatrzyma, ale narażenie ekipy na niebezpieczeństwo to już nie bardzo. Czarne scenariusze wjeżdżają mi jeden po drugim w wyobraźni. Już nie czuję się jak ten gladiator w tym całym rydwanie. Raczej bliżej mi do Griswolda. Tak, tego od szalonych wakacji i dekorowania domu światełkami na Święta Bożego Narodzenia. Wrzucam wsteczny i zawracam na stację benzynową. Godzina w dupę. Wstyd pozostał.

Wracamy do gry. Nie będę Wam pisał jak dojechać do Seitan Limania Beach. Macie telefony z GPS, internet, Google Mapy – wrzucacie temat i prowadzi (na Krecie zrobiliśmy ponad 300 km drogami, które pozostawiały wiele do życzenia – wujek Gugle zawsze dawał radę). Największym wyzwaniem na tarasie są serpentyny. Ogarnijcie temat na Google Graphics albo na YT, żeby zobaczyć z czym to się je. Dobra, koniec straszenia. Dojeżdżamy na parking. Zostawiamy Jimmiego, wrzucamy plecaki, prowiant i ekwipunek, i szykujemy się do zejścia.

Seitan Limania Beach to taka gardziel/kanion, gdzie morze wcisnęło się w ląd, tworząc wąskie koryto. Żeby jednak dostać się na plażę, trzeba pokonać zejście, które niestety nie należy do szczególnie łatwych. Tym bardziej dla turystów poruszających się w klapkach czy sandałach, co jest oczywiście normalne w upalnym, letnim sezonie na Krecie. Zejście do Seitan Limania Beach to ścieżka biegnąca, momentami ostro, do dna wąwozu. Droga pełna jest mniejszych i większych kamieni, które wymuszają na turystach wzmożoną uwagę. Można się poślizgnąć, zjechać kawałek na tyłku czy nabawić otarć. Do tego wszechobecne brązowo – czerwone piach j kurz. Na trasie znajdują się dwa, trzy miejsca, przy przechodzeniu których trzeba zadbać o stabilny chwytach i stopień. Pod nogami jest bowiem “trochę powietrza”. Po drodze mijaliśmy przypadki osób, które się “zablokowały”. Ani w tą, ani w tamtą. Nie ruszy, bo się boi. Widziałem też Panią, która poprosiła partnera by zawrócili.

Mając pod opieką trzylatka poradziliśmy sobie z zejściem i drogą na górę całkiem sprawnie. Dla tych z Was, którzy są z nami od dłuższego czasu, wiadomo pewnie, że jestem trochę obyty z górami. Dotychczasowe doświadczenie potrafię też przełożyć na bezpieczne podróżowanie z maluchem. Czy zatem jeśli trasę pokonała trzyletnia dziewczynka to: a) wszystko, co napisałem powyżej jest daleko idącym wyolbrzymieniem i b) jesteśmy nieodpowiedzialnymi rodzicami? Po pierwsze – trzeba po prostu uważać. Lokalsi mówiący nam o trudnościach, nie przesadzili ani trochę. Ze swojej strony dodam, że Seitan Limania Beach, choć tak magiczne i kuszące, może okazać się nie do końca dla wszystkich dostępne. Co do wycieczki z małym dzieckiem na plażę Seitan – uważać razy dwa. Po pierwsze primo rozmawiaj z maluchem czy ma ochotę na taką wycieczkę. Nic na siłę. Lepiej odpuścić niż zrazić dziecko do tego typu aktywności, albo co gorsza – wystarczyć. Po drugie primo – zapewnij maluchowi właściwą asekurację i poczucie bezpieczeństwa. Po trzecie primo (które właściwie powinno być “po pierwsze primo”) – jeśli sam(a) masz wątpliwości – nie idźcie.

A kiedy już znajdziecie się na dole, do Waszej dyspozycji jest szeroka może na 50 metrów plaża, krystaliczna i ciepła woda oraz spokój…

 

Komentujemy

Komentarze