Dobra, szukamy wózka dla nowego Robaczka. Przez chwilę wypadliśmy z obiegu, ale teraz, małymi krokami wracamy na rynek wielkich i ważnych zakupów. A tu szok. Jak mokrą ścierką w twarz. Wózki w cenie auta, które chodzi za mną od dłuższego czasu. O co kaman?

Rozumiem, że jeśli są wózki w cenie 6 – 8 tys (czy bagatela 10 tys) to i jest również ktoś, kto taki wózek kupi. Na raty, za nerkę, płacąc gotówką lub w złocie. Proste. Nie szukajcie tu bólu dupy przyszłego taty (po raz kolejny). Zastanawiam się tylko i wyłącznie nad logiką takiego wydatku. Bo mnie stać? Bo niech znajomi rodzice widzą, że moje dziecko za biedaka robić nie będzie. Bo w wózku w absurdalnej cenie malucha nie złapią kolki? Tak, ceny wózków sięgają absurdalnych cyferek. Czasem zastanawiam się czy do takiego egzemplarza dodaje się np. samochód.

Czy stać mnie na taki zakup? Nie wiem, bo nigdy nie musiałem się nad tym zastanawiać. Wózek to narzędzie. Jego przydatność ma określoną w czasie ważność. Podobnie jak design. To co dziś rozpala emocje przyszłych matek, w kolejnym sezonie może zostać wyparte przez inny, szturmujący rynek (i penetrujący portfele rodziców) produkt. Ma być wygodnie, trwale i bezpiecznie. Ładnie przy okazji. Pytanie za ile?

Uprzedzę Twój komentarz – tak, to prawda, nikt nie karze mi patrzeć na takie wózki, jak te w cenach wspomnianych na początku. I nie patrzę. Chcę jedynie poznać powody, które przemawiają za takim zakupem. Pogadajmy.

Komentujemy

Komentarze