Codziennie rano, z tym samym entuzjazmem, mała maszeruje do przedszkola. Ochoczo przebiera papcie, żegna się i biegnie do przyjaciółek.Oczywiście są też gorsze dni. Te jednak zdarzają się na tyle sporadycznie, że w zasadzie szybko o nich zapominamy. Kiedy przypominam sobie moje przedszkolne czasy, na pierwszy plan wjeżdżają mi dość traumatyczne wspomnienia…

Dres poplamiony miodem

Nie byle jaki dres. Ten pełnił kluczową rolę w moim stroju Żółwia Ninja na balu karnawałowym. Zielony, jakby z polaru, leżał elegancko na moim wątłym ciele. Problem polegał na tym, że dres był pożyczony od sąsiada rówieśnika. A przejebane zrobiło się w momencie, jak cały strój uwaliłem miodem. Od stóp po samą szyję. Nie da się? Pewnie, że się da, tylko trzeba umieć… Miałem wtedy mega stracha. Że się nie wypierze, że rodzice koszty poniosą, że kumpel mnie znienawidzi. Prawdziwy dramat 5 latka.

Rajtuzy

Drapały w nogi, były niewygodne i takie niemęskie. Rajtuzy nie przystoją facetowi. Nawet takiemu 4 czy 5 letniemu. Czułem, że działały na mnie, jak kryptonit na Supermana. W nich nie mogłem być sobą.

Parówki na chlebie

Potrawa, która w sposób absolutny przekraczała moją percepcję. Na samą myśl o tak podanym daniu, cofał mi się cały obiad z poprzedniego dnia. Nie wiedzieć czemu pokrojona w talarki parówka, gęsto ułożona na kromce chleba z margaryną, jawiła mi się jako kulinarny armageddon. Oczywiście hot dogi czy parówka solo plus chleb nie stanowiły żadnych przeszkód. Ale żeby pokrojona i na chlebie…brr. Ciarki biorą.

Karmienie wron

Traumatyczne wspomnienia z przedszkola to jedno. Zanim jednak dotarłem do placówki, musiałem odbyć podróż niczym wyprawa po złote runo. Do pierwszego przedszkola prowadziła mnie głównie babcia. Żeby wywabić mnie z domu do wózka, a potem na zewnątrz, babcia stosowała fortel z karmieniem wron. Zabierała ze sobą suchy chleb, a ja z radością rzucałem go wronom na pożarcie. Ponoć cieszyłem się jak głupi. Istne safari. Idylla trwała jednak zawsze do tego samego momentu. Otrzeźwienie przychodziło, kiedy znajdowaliśmy się na prostej, skąd przedszkole było już widoczne. Krzyki, wrzaski, rozdzieranie szat. Ciężko było mnie okiełznać.

Pani, która miała pacynki

Największy hardcore na sam koniec. Moje przedszkole mieściło się w takim mini pałacyku. Z perspektywy czasu powiedziałbym, że to coś a’la klasycystyczna willa. Pamiętam, jak dotarłem do przedszkola jako jeden z pierwszych. Zamiast bawić się w sali, poszedłem po schodach na ostatnie piętro budynku. Pamiętam, że była to jakby wieżyczka. Na samej górze, w małym pokoju siedziała Pani, która szyła pacynki. Pokazała mi Smoka Wawelskiego i Kulfona. Innym razem, kiedy się skaleczyłem, ta sama Pani od pacynek dała mi plaster. Rzecz jednak w tym, że nigdy, nikt nie pracował w tej wieżyczce… Ponoć.

Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Zajrzyj do nas i zostań na dłużej.

 

Komentujemy

Komentarze