Jakiś czas temu obiecałem Gosi kilka rzeczy. W sumie odwzajemniła się tym samym. Świadkami złożonych obietnic było kilkadziesiąt osób i sam prowadzący ceremonię. Od tego dnia mija dzisiaj 6 lat. Właściwie to 12 lat, patrząc na cały okres od kiedy jesteśmy razem. W tym czasie działo się dużo.

Najtrudniejsza decyzja

Marzec 2012. Porzucamy strefę bezpieczeństwa, komfortu oraz znajomości i ruszamy w nieznane. Zostawiając za sobą wszystko, co znaliśmy do tej pory, emigrujemy. Nie jest to, co prawda wyjazd na argentyńską pampę, gdzie miałyby na nas czekać harówka od świtu do zmierzchu przy wypasie bydła. Wybranej destynacji daleko również do odległych plantacji kawy na Zanzibarze, gdzie godzinna stawka pracy oscyluje pewnie w granicach absurdu. Ruszamy na podbój Wysp Brytyjskich! (powiedziałby Wilhelm Zdobywca). My raczej zapakowaliśmy dobytek i ruszyliśmy z nadzieją, że królowa przymknie oko na młodych, ambitnych obywateli Unii Europejskiej i pozwoli zasmakować regularnej wypłaty w banknotach opatrzonych swoją podobizną. Strach, niepewność, wiele momentów zwątpienia.

Najodważniejsza decyzja

Sierpień 2014. Ojczyzno wracamy! W pełnej gotowości, by wpuścić zarobione pieniądze w machinę rodzimej gospodarki. Ojczyzno wracamy! Zdeterminowani, by zdobyte za granicą doświadczenie wykorzystać w realizacji korporacyjnych/agencyjnych/umowo – zleceniowych projektach. Ojczyzno wracamy, ale nie sami! W składzie 2 dorosłych + 4 miesięczny brzdąc decydujemy się na Kraków. Bez mieszkania, z jednym etatem (na okres próbny), jeszcze dalej od rodziny i wszystkich, których znaliśmy do tej pory. Zamawiamy transport na 400 kg dobytku. Po załadowaniu samochodu dostawczego okazuje się, że lekko jebneliśmy się w szacowaniu majątku. Wyszło 780 kg. Trzeba dopłacać. Witaj Polsko.

Największa kłótnia

Urządzamy mieszkanie. Bastion spokoju i przyczółek kontemplacji nad kulturą popularną i naukami Hobbesa. Hardcorowe akcje nadciągają falami. Nigdy nie sądziłem, że można pokłócić się o odcień szarej farby na ścianach, wykończenia frontów mebli kuchennych czy o sposb mocowania profili progowych (których do dziś nie mamy). Wyszło pięknie!

Najdłuższe “ciche dni”

Był taki dzień. No może dwa dni pod rząd. Jednak nie. To był cały tydzień (chyba z kawałkiem). Nie chodziło o farbę, fronty czy profile progowe. Gruba akcja. Temat na film oscarowy.

Najcięższy moment

Wyobraźcie sobie zdrowego, silnego faceta. Wiek coś w okolicach trzydziestki. W opinii znajomych trochę w nim drwala i hipstera z jednej strony, z drugiej dostrzec można animatora czasu wolnego niemieckich staruszków na wakacjach all inkluziw. Facet z planami, marzeniami, odpowiedzialna głowa rodziny i zajawiony pracą delfin biznesu. I nagle coś mu pierdolnęło w plecach i wykluczyło z życia społecznego na kilka tygodni. Wszyscy wiedzą o co kaman (mrożąca krew w żyłach opowieść dostępna w dwóch częściach: part 1, part 2). I wtedy wkracza ona. Na ten czas P.O. Głowy Rodziny. Matka, project manager, finansistka i kierowca w jednym. W tych dniach ma na głowie dwójkę dzieci. To ten czas, w którym następuje realizacja obietnicy złożonej kilka lat wcześniej… W zdrowiu i w chorobie. Moja doktor Quinn.

Najbardziej spontaniczna wyprawa

Wyjazd do pracy sezonowej do Hiszpanii. Pieprzyć truskawki i zbiory cytrusów! Ruszamy do pracy w hotelarstwie. I to nie byle gdzie! Celem wyprawy jest jedna z największych imprezowni na Costa Brava – Lloret de Mar. Wszystko ładnie, pięknie, tylko nie uwzględniliśmy, że robotę w kelnerowaniu czy sprzątaniu pokoi hotelowych trzeba ogarnąć przed rozpoczęciem sezonu. Przyjazd na początku lipca jest zatem – delikatnie rzecz ujmując – projektem chybionym. Całość tego misternie przygotowanego planu, który z góry skazany był na porażkę, dopełnia jeszcze nasze przygotowanie logistyczne. Lądujemy w środku niczego, każdy z nas ma po 25 kg bagażu (miało starczyć na 3 miesiące), zero noclegów, jeszcze mniej pieniędzy w kieszeni. Lądujemy w pokoju nad barem. Lokum zamykane na kłódkę, a rolę prysznica pełni wykuta tuż przy łóżku dziura w ścianie bez żadnej wentylacji. Jemy coś, co ciężko nazwać chlebem (bochenek w cenie coś około 0,25 euro centów), posmarowany czymś co nie sposób nazwać dżemem. I tak przez 10 dni. Aha, no i zupki chińskie bez zalewania wodą. Śniadania na dachu obskurnej kamienicy, jeden ciepły posiłek podczas całego pobytu, facet, który zaoferował nam pracę, skserował paszporty i więcej go nie widzieliśmy… Ogień! Wracamy po 2 tygodniach zaliczając jedne z bardziej szalonych i magicznych wakacji.

Najpiękniejszy dzień

to ten, w którym otworzyliśmy najdroższe wino na świecie. [poznaj tą historię:tutaj ]

 

 

Komentujemy

Komentarze