Czasem nachodzi mnie dzika ochota napisania czegoś w stylu: 3 rewelacyjne metody, które odmienią twoje rodzicielstwo albo też: superskuteczna metoda oduczania dziecka sikania w pampersy. Sprawdź i przekonaj się w 12 godzin. Zamiast tego udaje mi się napisać kilka mądrzejszych zdań w temacie przyzwyczajania dziecka do samodzielnego zasypiania czy uczenia korzystania z nocnika. Za tymi tematami nie stoi żadna tajemna wiedza, magia czy mądre cytaty Paulo Kołeljo. Tak wyszło, że z omawianymi zagadnieniami zmierzyliśmy się bez większego ciśnienia i jak wiecie wyszło to naszej całej trójce na dobre. Po zasypianiu i nocniku czas podzielić się drogocennymi wskazówkami, które sprawią, że Wasze dziecko zapomni o smoczku. Albo coś w ten deseń.

„Dyda, dyda, dyda, mama dyda, nie ma dyda, mama, mama dydaaaa”.
Niekończąca się mantra dwulatka.

Wyrzuć butelki

To chyba najłatwiejszy punkt z całej listy. Poranną kaszkę i wieczorne mleko Mia ochoczo wcinała z butli. Operację „nie ma dyda” zaczęliśmy uskuteczniać małymi krokami. Nowe podejście zajmuje zdecydowanie więcej czasu i wymaga dodatkowych nakładów cierpliwości ale małymi krokami do sukcesu. W czym rzecz? Otóż zamiast butelki – miseczka, łyżeczka i jazda am am. Za mamusię, za tatusia, za lokomotywę Thomasa, za Rosa z Przyjaciół i tak przez 15 minut. Rano i wieczorem.

Smoczek zabrała mała dziewczynka

Na pytanie o dyda (smoczek, moniek, cumelek czy łotewer) dobrze jest mieć przygotowaną odpowiedź. Proste. Możesz postawić na lakoniczny komunikat typu: smoczka nie ma. Koniec. Kropka. Pozamiatane. Polecam jednak odblokować trochę wyobraźnię i zainteresować dziecko jakąś historią, która odwróci jego uwagę od tematu. U nas smoczek dostała inna mała dziewczynka. Jest bardzo bardzo mała, cały czas płacze i nie ma swojego smoczka, dlatego oddaliśmy ten, który miała Mia. Równie dobrze mogliśmy powiedzieć, że dyda uprowadziło ufo albo pochłonął go krakowski smog. To bez znaczenia. Grunt to odwrócić uwagę od tematu.

Otoczenie musi bezwzględnie współpracować

W trakcie trwania operacji „nie ma dyda” oddaliśmy małą na weekend do dziadków. Takie pobyty zawsze rządzą się swoimi prawami. My mówimy, że Mia je 5 posiłków dziennie, w tym owoc i deserek typu monte czy danone, a babcia modyfikuje plan żywieniowy dodając jeszcze jedną, dwie lub siedem czekoladek i obiad za każdym razem, kiedy po jedzenie sięgnie któryś z domowników. Nic dziwnego, że padł na nas blady strach i wizja daremnego trudu, krwi w piach i grochu o ścianę. Rodzina postanowiła jednak współpracować. W żłobku było łatwiej. Opowiedziałem Pani historię o smoczku, który porwało ufo i nigdy, ale to nigdy już nie wróci. Chyba łyknęła.

Lenistwo kluczem do sukcesu

Dobra, a teraz czas na wyłożenie kawy na ławę. Wiecie jak zaczęła się cała historia z rzucaniem smoczka? Późnym wieczorem wróciliśmy do Krakowa po weekendzie spędzonym w Sudetach. Umordowani jak koń po westernie, resztkami sił dotarliśmy do mieszkania, a jedyne o czym marzyliśmy to zasnąć snem błogim. Wnet zapaliła się nam czerwona lampka ostrzegawcza, bo nie mogliśmy zlokalizować smoczka. Torba pusta. Po kieszeniach ani śladu. Jedynym rozsądnym wyjaśnieniem była myśl, że został w samochodzie. Mieliśmy w planach akcję ratunkową i powrót do auta, ale nikt nie zgłosił się na ochotnika. Mia zasnęła, my padliśmy zaraz za nią. I tak się zaczęło. Nasz sukces wywodzi się w lini prostej od lenistwa. Pozostałe wskazówki, które pozwalają całej naszej trójce przetrwać ten trudny okres przeczytaliście wcześniej. Gud lak and gut najt!

Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Wpadnij do nas i zostań na dłużej.

Komentujemy

Komentarze