To pytanie podobne do tych z serii „jak schudnąć 30 kilogramów w 2 dni” albo „jak zarobić milion nie wychodząc z domu”. Nie ma drogi na skróty. Okazuje się natomiast, że temat schudnięcia czy zwiększenie objętości portfela z nauką chodzenia łączy jedno. Czas. Chcesz schudnąć – przestań żreć i rusz dupę, a z czasem zobaczysz efekty. Chcesz być bogaty(a) zacznij na to bogactwo wytrwale pracować. Kiedyś się uda. Chcesz z kolei nauczyć dziecko chodzić – daj mu czas. Niech samo przekona się, że istnieje bardziej atrakcyjna forma poruszania się niż pełzanie czy raczkowanie.

Nie ma co uparcie stawiać malucha na nogi, czy podnosić za rączki do góry, tylko po to żeby przy naszej „pomocy” zrobiło ten jeden, wymarzony krok. Zdecydowanie więcej radości sprawi Ci pierwszy krok, który dziecko wykona samodzielnie i spontanicznie. Uwierz mi. Jedyne co możesz zrobić, to zastanowić się, jak, w rozsądny sposób zachęcić go do wykonania one small step for man.

W naszym przypadku do tematu podeszliśmy bez zbędnego spinania się, mimo że Mia skończyła już 13 miesięcy. Wyszliśmy z założenia, że najlepsze co możemy zrobić, to po prostu nie przeszkadzać córce w odkrywaniu swoich możliwości.

Na początku zrezygnowaliśmy z noszenia małej po całym domu. Chciała zobaczyć co jest za rogiem – raczkowała w tamtym kierunku. Z czasem poznała topografię mieszkania i wiedziała gdzie znajdują się największe rarytasy. Szafki z garnkami i magnesy na lodówce były obiektem jej regularnych wycieczek. Żeby zacząć otwierać szafki i ściągać magnesy musiała nauczyć się z kolei wstawać z wykorzystaniem mebli, ścian czy samej lodówki. Przy okazji zreflektowała się również, że jeśli wyciągnie ręce do rodziców to pomożemy jej wstać. Zawsze to mniej kombinowania. Któregoś dnia namierzyła swoje książeczki na jednej z półek na regale. Podpełzła, wstała i zaczęła je wyciągać. Weszło jej to w nawyk i nie było dnia, by regał nie był przez nią oblegany. Potem przyszedł czas na podróże przy wsparciu ścian, mebli i wszystkiego co gwarantowało choć namiastkę stabilności. Aż pewnego dnia nabrała odwagi i przeszła cały pokój na szerokość. Nie inwestowaliśmy w żadne chodziki, pchacze czy inne cuda na kiju, które dają nadzieję na skuteczną naukę chodzenia. Wyszło spontanicznie, czyli tak jak powinno.

Poniżej podrzucam kilka wskazówek sprawdzonych w naszym przypadku. Może i Wam się przydadzą:

– kładź interesujące przedmioty (zabawki, pilot od tv) poza bezpośrednim zasięgiem dziecka. Zachęć je do podjęcia wysiłku, by wstało np. opierając się o łóżko czy mebel.

– nie noś dziecka z miejsca na miejsca. Pozwól mu samemu odkrywać otoczenie. W przeciwnym wypadku jest spora szansa na to, że zamiast ochoczo pomykającego bobasa będziesz miał(a) tzw. dziecko – przylepę. Za żadne skarby nie chce odkleić się od rodzica, a każda próba położenia dziecka na ziemię prowokuje paniczny płacz.

– nie dramatyzuj kiedy upadnie. Rzeczą oczywistą jest byście zawsze byli w pobliżu i nie zostawiali malucha ani na chwilę samego. Jednak jeśli spadnie na pupę raz, drugi czy siedemdziesiąty nic mu się nie stanie. Asekuruj, ubezpieczaj, ale nie utrudniaj.

Drodzy rodzice, apeluję byście na litość boską nie pisali mi, że każde dziecko jest inne. O tym wiem doskonale. Niestety jako rodzice mamy często przypadłość do prześcigania się i licytowania o to, czyje dziecko jest bardziej zajebiste. Jedno nauczyło się chodzić w wieku 8 miesięcy, inne miało już wszystkie zęby w 4 miesięcu, a kolejne pewnie jadło sztućcami zaraz po urodzeniu. I pewnie wszystko dlatego, że tak ochoczo „pomagaliśmy” mu osiągnąć te kroki milowe.

P.S. Wpadnij na fejsa i poznajmy się bliżej:

Komentujemy

Komentarze