Byliśmy dziś u sąsiadów. Wiecie, taka spontaniczna kawa i whiskey o 18:30. Owi sąsiedzi mają nowy nabytek. Maluch o wadze urodzeniowej 3,3 kg. Patrzę i myślę sobie, że taki trochę mały ten najświeższy członek wspólnoty mieszkaniowej. Taka kruszynka, ciupinka, bezbronny ślimaczek. A potem przypominam sobie, że nasza córa przyszła na świat z wynikiem 2,3 kg i 49 cm długości…Damn. Zapiekanki bywają większe.

Mało tego. Kiedy wychodziliśmy ze szpitala jej waga spadła do 2,2 kg. Najdziwniejsze było jednak to, że na chwilę przed porodem położna szacowała wagę malucha na jakieś 3,5. Na moje oko nieźle się jebneła.

Pamiętam, że nie mieliśmy jej w co ubrać. Pływała we wszystkim. Ciuszki w rozmiarze 50 wyglądały jak po starszej, wyrośniętej siostrze. Była tak drobna, że bałem się ją brać na ręce. Własną córkę! A kiedy już chwyciłem ją pewnie, to trwałem w jednej pozycji przez cały czas, bo nie miałem pomysłu na obrócenie jej malutkiego ciałka. Przez pierwsze dni zamiast czerpać radość z tulenia malucha trząsłem się jak nad jajkiem.

A potem bang! Jak z bicza strzelił i mamy dużą, silną dziewczynę, której dźwiganie i noszenie na baranach wielokrotnie przyprawia o ból pleców. Czekacie na morał z tej opowieści? Nie ma. Po prostu chciałem z Wami pogadać.

P.S. Zdrówka i siły dla sąsiada.

Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Zajrzyj do nas i zostań na dłużej.

Komentujemy

Komentarze