W czasach, kiedy wierzyłem jeszcze w Mikołaja, dobro na świecie i czystość przedmałżeńską, bardzo zazdrościłem rówieśnikom prezentów, które dostawali zza granicy od swoich rodziców – pracujących na budowach w RFN albo sprzątających niemieckie domy. Chciałem rodziców, którzy przywożą fajne zabawki z Niemiec.

Nie mogę powiedzieć, że zabawek mi brakowało. Z Kanady regularnie przylatywały do mnie samochodziki Hot Wheels, z PEWEXu od czasu do czasu wpadł jakiś zestaw klocków LEGO, a po bracie mojej mamy odziedziczyłem całkiem sporo oldschoolowych, drewnianych żołnierzyków (gimby nie znajo). Brakowało mi jednak takich świeżych dostaw, czegoś trendy, zabawek, którymi zachwycali się moi rówieśnicy w Berlinie czy Monachium. Taki fetysz miałem. I przyznam, że była to postawa mocno egoistyczna, bo nie martwiłem się za bardzo, że któregoś z rodziców może przez dłuższy czas nie być obok mnie, w domu. Moi rodzice co prawda mieli w swoim życiu epizod pracy za Odrą, ale nie pamiętam tego zupełnie. Może dlatego, że nie było mnie jeszcze na świecie? To by miało sens.

Niedawno wbiłem sobie do głowy pomysł, żeby z każdego miejsca za granicą, gdzie będę wyjeżdżać w celach zawodowych albo rekreacyjnych, ale bez Mii (tak, taka ewentualność istnieje i nie obchodzi mnie jeśli pomyślisz, że czyni mnie to wyrodnym ojcem) przywozić będę zabawkę. Chciałbym żeby lalka, misiek czy klocki nie stanowiły jednak wyłącznie kolejnej rzeczy przyczyniającej się do rozpieszczania mojej córki. Zależy mi na tym, aby były czymś w rodzaju wehikułu czasu. Takim totemem (w tym momencie chyba mnie poniosło), który w przyszłości pozwoli mi cofnąć się w czasie i wrócić do miejsca, w którym znajdowałem się w życiu, dokonując zakupu tej zabawki. Taka historia naszego rodzinnego życia zamknięta w lalce, miśku czy drewnianych klockach. Historia, która będzie nam przypominać o tym, kiedy byliśmy młodzi, Mia mała, a świat kolorowy 🙂

W ostatnim czasie miałem okazję dwukrotnie wyjechać do Gruzji. Za pierwszym razem zadbałem wyłącznie o zaopatrzenie się w lokalne wino. Za drugim obiecałem sobie, że kupię Mii lalkę. Mogłem to zrobić na lotnisku, ale dostępne tam Barbie to zdecydowanie klimaty odmienne od obecnych zainteresowań Miaszka. Na miejscu zadanie okazało się nieco trudne do wykonania, głównie ze względu na ciągłe przemieszczanie się. Kiedy w końcu znalazłem chwilę wolnego, zapytałem zaprzyjaźnionego Gruzina czy możemy podjechać i kupić gdzieś lalkę. Jako że po gruzińsku nie mówię wcale, po rosyjsku ciut ciut, postawiłem na angielski i prosty komunikat: I need a doll. Na początku wywalił oczy i zapytał po co mi doll w środku Gruzji? No mówię, że jest baby Mia i, że ja jej promised tą doll i czy wie gdzie kupić. Pomyślał, wykonał dwa telefony. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy krętymi, górskimi drogami w nieznane. Po kilku kilometrach zatrzymał się na parkingu, przy którym rozstawione były chatki z lokalnymi wyrobami. Sery, miody, drewniane krasnale, gliniane garnki i wszystko, co można sobie wyobrazić. Wysiadamy i znajomy pokazuje na jedno ze stoisk – this is doll. Patrzę i za cholerę lalek nie widać. Gdzie? Tam wiszą, patrz doll, doll, doll. Pokaż, o których mówisz. Na to on ściąga z ekspozycji drewniany bębenek. Gruziński to dla mnie jak czytanie run albo pisma elfów z powieści Tolkiena. A tu okazuje się, że niechcący na umyślne zażyczyłem sobie bębenek. Przyznaję, że znajomy wywiązał się z zadania doskonale.

Nie ryzykując już dalszych wpadek językowych poprosiłem o podwiezienie do Carrefoura, którego zarejestrowałem z poprzedniego wyjazdu. Z uwagi na zbliżający się czas odlotu dostałem dosłownie 10 minut na zlokalizowanie marketu w wielkiej galerii handlowej, zapytanie obsługi o półki z lalkami i odstanie swojego w kolejce. Wyrobiłem się w 8. Lalka jaka jest – każdy widzi.

Codziennie jesteśmy na Facebooku.
Zajrzyj do nas i zostań na dłużej.

Komentujemy

Komentarze