Od początku ciąży mam na telefonie zainstalowaną aplikację, która skrupulatnie przypomina mi o każdym kolejnym tygodniu, każdej zmianie w moim ciele, jak i zmianach, jakie zachodzą u dzidziusia. Przyjaciółka mi poleciła, żebym była na bieżąco. Ona niedawno urodziła swoje pierwsze dziecko i korzystała właśnie z tej formy informacji. Jej podejście dało mi wiele do myślenia, bo dzięki niej uświadomiłam sobie, jak bardzo ciąża ciąży jest nierówna. Z Mią też miałam każdy miesiąc w małym paluszku, przeczytane poradniki, oznaczone ulubione strony parentingowe, w każdym momencie byłam gotowa na pytanie: A który to tydzień/miesiąc? Pamiętam, że każdą nowinkę ogłaszałam wszem i wobec, Radek z resztą też – w końcu tak powstał pomysł na bloga. Najpierw co miesiąc, później już co tydzień robiliśmy zdjęcie brzuszka. Był szał.

Teraz natomiast nie wiem, kiedy dobiłam do 26 tygodnia, do studniówki. I mam bardzo mieszane uczucia. Bo z jednej strony czuję się w drugiej ciąży, jak “wyjadaczka”, której teoretycznie nic nie może zaskoczyć. Nie czytam żadnych poradników i mądrości ludowych w internecie, nie zapisałam się do szkoły rodzenia, nawet szczególnie nie martwię się tym, że jeszcze nie zaczęłam kompletować wyprawki czy wić gniazda. Po prostu poddałam się temu stanowi i tak mi jest całkiem dobrze. A jednak muszę przyznać, że sama siebie okłamuję, bo w tej ciąży zaskakuje mnie wiele rzeczy.

Po pierwsze – uciekający czas. Pomimo wspomnianej aplikacji, obudzona w środku nocy 10 razy musiałabym się zastanowić, nim odpowiedziałabym na pytanie: Który to tydzień? Aplikacja na moim telefonie żyje własnym życiem, a ja najzwyczajniej w świecie o niej nie pamiętam.

Po drugie zaskoczyło mnie moje własne ciało, które zareagowało z jakimś turbo przyspieszeniem. W czwartym miesiącu miałam już zdecydowanie większy brzuch, niż jak byłam w ciąży z Mią. Dodatkowo wszystko odczuwam ze zdwojoną siłą. Fakt, dolegliwości były podobne: mdłości, niechęć do słodyczy, spanie na stojąco, z tą tylko różnicą, że mam w domu 3-letnią rozrabiarę, a więc zapomnij matko o drzemce czy leniuchowaniu.

Trzecia i chyba najważniejsza sprawa – prowadzenie ciąży. Różnica jest ogromna. Dla niewtajemniczonych pierwszą ciąże przechodziłam w UK. Ilość samych badań i częstotliwość wizyt u lekarza jest w Polsce kilkakrotnie większa. Złapałam się nawet na tym, że na początku nie robiłam na bieżąco wszystkich wyników, bo nie zdawałam sobie sprawy, że przydałoby się przyjść z ich kompletem na kolejną wizytę do lekarza prowadzącego. Myślałam że każde badanie musi mi zlecić ginekolog, a tu wszystko mam pod nosem – w karcie ciąży. Dodatkowo podejście do pacjenta, możliwość spotkania się ze swoim lekarzem poza standardowymi wizytami. Może to dla Was być oczywiste i dziwicie się, że w ogóle o tym wspominam, ale w Anglii lekarza nie widziałam do samego porodu. Do tego zjawił się tylko z powodu komplikacji… Jakby tego było mało odmówiono mi wystawienia recepty na leki przepisane w Polsce, na podtrzymanie ciąży. Byłam wtedy w 32 tygodniu, szyjka już zaczęła się niebezpiecznie skracać i było ryzyko, że nie donoszę. Na to wszystko usłyszałam: Zdrowe dzieci też rodzą się w 32 tygodniu. Także rozumiecie sami…

Te sześć minionych miesięcy uświadomiło mi jedno – do ciąży nie da się przygotować, zaplanować sobie tego czasu, być pewnym, co Cię czeka. Ale z drugiej strony w tym tkwi całe piękno 😉

Komentujemy

Komentarze