Ta dziewczyna była dla mnie wyjątkowa. Taki też miał być wieczór, kiedy miałem zaryzykować i zadać jej jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie. Nie postawiłem jednak na wytworną kolację w akompaniamencie romantycznej muzyki. Nie było też wanny pełnej płatków róży oraz szampana za tysiąc złotych. Był tylko spacer, podarty t-shirt i ruiny gotyckiej katedry.

Nie takich zaręczyn oczekiwałem sam od siebie. Zawsze myślałem, że zrobię coś z efektem WOW! Skoczymy razem na bungee, zanurkujmy w klatce z rekinami albo razem staniemy na Mount Blanc. Ja uklęknę (może poza skokiem na linie), wyciągnę najdroższy pierścionek na świecie, wyrecytuję tomik poezji miłosnej, a ona padnie mi w ramiona i szlochając będzie szeptać: “Tak najdroższy! Tak!”.

Tymczasem… byłem tak zestresowany sytuacją, że nie udało mi się zamówić żadnej z powyższych atrakcji. Zamiast tego postawiłem na całkowitą spontaniczność. Nie miałem upatrzonego wcześniej pierścionka. Rubin, diament czy szmaragd – żaden nie robił różnicy. Każdy był abstrakcją. Nie wiedziałem co się nosi, co jest passé, a na co najzwyczajniej w świecie starczy oszczędności. Błądziłem po jubilerach, jak dziecko we mgle. W końcu znalazłem…mega ogarniętą panią sprzedawczynię, która przejęła się tematem i profesjonalnie doradziła. Jaki kamień, rozmiar, budżet. Totalna improwizacja z mojej strony, ale przy fachowym wsparciu. Pierwsza część planu, utrzymanego prawie w tak wielkiej konspiracji, jak lądowanie aliantów w Normandii w ‘44, była domknięta.

Kolejnym elementem układanki było miejsce. Mount Blanc odpadał. Głębia oceanu i międzyzwrotnikowa sawanna również. Kasa poszła na pierścion. Wiadomka. Mieliśmy jednak wcześniej zaplanowany wyjazd na wyspy (nie, nie Kanaryjskie, Malediwy czy Seszele) – Wyspy Brytyjskie. Też piękne. Na miejscu miałem swojego człowieka, który pokazał mi wszystkie zakątki miasta. Dzięki pomocy żółtego ludzika z Google i Google Maps przejechałem całą metropolię wzdłuż i wszerz. Wiedziałem, że są tam ruiny gotyckiej katedry. Zniszczona w czasie pierwszych nalotów Luftwaffe na Anglię, podczas II Wojny Światowej. Imponująca budowla, z której zostały tylko mury i strzelista wieża. W porównaniu do całego, industrialnego otoczenia miasta i budynków będących odpowiednikiem naszej “wielkiej płyty”, takie miejsce to prawdziwa perełka na mapie. No dobra, tak to sobie tłumaczyłem…

Aha, był jeszcze jeden szczegół. Przerzucenie pierścionka przez kontrolę bezpieczeństwa na lotnisku. Człowiek był młody i głupi, i myślał, że każdy kawałek biżuterii będzie piszczał na bramkach jak oszalały. No i jak tu wytłumaczyć się dziewczynie, jak strażnik poprosi o wyciągnięcie “owego przedmiotu”? Byłem do tego stopnia przerażony możliwymi scenariuszami, że na chwilę przed odlotem zaczęły mnie dopadać duszności i stany lękowe… Na włożony między majtki i skarpety pierścionek w pudełku nikt nawet nie spojrzał.

Orzeł wylądował! Kiedy bez niespodzianek dotarliśmy na miejsce, nie było już odwrotu. Wieczorem poszliśmy na spacer. Z transportem pierścionka nie było problemu, bo miałem przy sobie kołczan prawilności (to taki jakby odpowiednik torebki Hermiony z Harrego Pottera, tylko że dla prawdziwych facetów. Zmieści się wszystko co potrzebne). Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy po drodze. Wiem tylko, że aby nie nabrać podejrzeń, ubrałem się zupełnie luźno. Przetarte jeansy, t-shirt (jak się potem okazało z dziurą na klacie), lekka kurtka i czapeczka z daszkiem. Prawdziwy człowiek ulicy. Nawet Sherlock Holmes nie domyśliłby się, że tak ubrany facet planuje oświadczyny. Kamuflaż level master.

Żarty żartami, ale w końcu dotarliśmy do katedry. I co tu powiedzieć? Na początku myślałem, że może wyrecytowałbym coś z Leśmiana. Może W malinowym chruśniaku. Kiedy jednak zaczęły uderzać mnie naprzemiennie fale zimnego i ciepłego powietrza, zwątpiłem w swoje zdolności recytatorskie. Spontan trwał. Weszliśmy po kamiennych schodach do wejścia, znajdującego się przy bocznej nawie ruin. Kiedy przystanęliśmy, żeby delektować się widokiem podświetlanych elementów tego, co zostało po okazałeś niegdyś budowli, poczułem, że mam tę moc! Ze zwinnością lamparta rzucającego się na ofiarę… uklęknąłem. Jak przystało na dżentelmena zdjąłem również czapkę. Następnie z prędkością światła odpiąłem kołczan, wyszukałem w nim pierścionek, wyciągnąłem go, zapiąłem kołczan i skierowałem całą energię na to, co za chwilę miałem powiedzieć. Zanim otworzyłem usta, usłyszałem jednak: Ty chyba jakiś głupi jesteś? Niespodziewany wyrzut euforii, połączonej z zaskoczeniem, sparaliżował narządy mowy mojej dziewczyny.

Dziś wiem, że chciała powiedzieć: Tak, tak, tak! Niestety jako pierwsze wyszło co innego. Po latach jej wybaczyłem. Od tego dnia minęło 7 lat. Za kilka dni po raz kolejny będę w tym miejscu. U stóp ruin anglikańskiej katedry, która wtedy była jedynym świadkiem odpowiedzi, jaką dostałem. Chyba już domyślacie się, że nie będę tam sam.

Zdjęcie: Coventry’s old Cathedral ruins with rainbow, Andrew Walker, CC BY-SA 3.0, en.wikipedia.org

Komentujemy

Komentarze